Moje zasypianie to, nie wiedzieć czemu, odwieczny problem. Oczywiście nie jest to mój problem, problem mają Stwórcy. Ja tam nigdy nie czuję się zmęczony. Nigdy. Ani trochę. Energię mam jak elektrownia atomowa — może wzbudza niepokój, ale za to pracuje całą dobę, tak jak ja. Gdzie mi więc tam do spania, tym bardziej o dwudziestej. Uważam zresztą, że spanie to kompletna strata czasu, z czym zresztą Stwórcy się generalnie zgadzają, ale mają swoje ale. Twierdzą, że organizm ludzki snu potrzebuje, a taki mały jak mój to nawet bardzo, szczególnie po dwudziestej. Ostatnio jednak doszło do tego, że chodziłem spać w okolicach 22, co Stwórcy uważali za osobistą porażkę pedagogiczną. Oczywiście później spałem do 8–9, potem jeszcze 1,5–2 godziny na drzemce, a potem znowu mnie nosiło do późnej nocy. Gdyby ktoś to rozpisał na wykresie, wyglądałoby to jak sinusoidy narysowane przez kogoś, kto jednocześnie prowadzi badania w dziedzinie chaotycznej geometrii i próbuje uspokoić dwulatka.
Aby coś temu zaradzić i wygospodarować sobie chwilę wolnego czasu wieczorem (hahaha), Stwórcy zdecydowali się zabrać mi drzemkę i przyspieszyć wieczorne procedury. Z punktu widzenia strategii była to decyzja równie radykalna jak wprowadzanie prohibicji w USA. Na początku trochę marudziłem — w końcu człowiek przywiązuje się do swoich rytuałów, nawet jeśli nimi gardzi — a najtrudniejsze momenty przetrwałem oglądając bajki, które działały na mnie, jak dla dorosłych szybka lampka wina przed snem. Wieczorem kąpiel była szybciej, czytania trochę mniej i zacząłem chodzić spać około 20–20:30. Stwórcy byli wniebowzięci, jakby odkryli, że jednak można żyć bez dużych dawek kofeiny. Do czasu… Po rozmowie z jakąś panią — a w historii ludzkości „jakaś pani” nieraz potrafiła zmienić bieg wydarzeń, od trojańskiej Heleny po Lady Macbeth — Matka stwierdziła, że brak drzemki niekoniecznie jest dla mnie dobry i może jednak powinna wrócić. Przez kilka kolejnych dni Stwórcy robili nad tematem narady godne brytyjskiej Izby Gmin, z podobną ilością westchnień i teatralnych gestów. Jak to zwykle w życiu bywa, wszystko wyszło w praniu i problem rozwiązał się sam. Na drzemki chodzę praktycznie codziennie, ale czasem zasypiam, a czasem nie — trochę jak zespół rockowy, który umawia się na koncert, a potem zapomina, kto ma grać i gdzie. Wpływa to oczywiście na czas wieczornego zasypiania, ale przecież moje zdrowie jest ważniejsze niż chwila relaksu Stwórców, o czym im zresztą regularnie przypominam swoją obecnością. W ostatnim czasie jednak zaczęło się coś zmieniać. Brzmi to jak przemiana bohatera w trzecim akcie, mniej więcej moment, w którym Luke Skywalker decyduje się wrócić do Yody. Zaczynam nabierać świadomości tego, że jestem zmęczony i rozwiązaniem na to jest sen. W tym miesiącu doszło do tego, że pierwszy raz sam poszedłem się położyć. Stwórcy nie mogli uwierzyć! Najpierw była samodzielna drzemka, a kilka dni później spanie wieczorne. Po powrocie ze sklepu i usłyszeniu odmowy w jakiejś ogromnie ważnej dla mnie sprawie (tak ważnej, że absolutnie nie pamiętam czego dotyczyła), rozryczałem się i poszedłem do pokoju. Jakież było zdziwienie, gdy po jakimś czasie Matka zawołała Ojca, żeby mnie pokazać, śpiącego „w pełnym opakowaniu”. Na zegarze była 19. Nie muszę chyba dodawać, że kolejnego dnia obudziłem wszystkich o 5:15. Tak wcześnie, że nawet koguty jeszcze wtedy siedzą cicho.
Z innych sennych historyjek na uwagę zasługują dwie z ostatnich dni:
Perełka pierwsza: pewnego wieczoru nie mogłem zasnąć, ciągle wyłaziłem z pokoju, marudziłem i irytowałem Stwórców. W końcu jednak zapadła cisza. Gdy Matka mnie znalazła, natychmiast zawołała Ojca i oboje o mało nie pękli ze śmiechu. Dlaczego? Otóż zbunkrowałem się w moim namiociku, z prawie całym dobytkiem – wszystkimi pluszakami, samochodami, kocem, kołdrą, dwoma poduszkami i tirem Mańkiem. I tak sobie zasnąłem w swoim domku. W końcu każdy lubi mieć swój kawałek podłogi.
Perełka druga: skoro była mowa o podłodze to również zdarzyło mi się tam zasnąć. Leżałem sobie i leżałem, otwierając i zamykając drzwi w rytmie minimalistycznego, coraz wolniejszego bitu, a Stwórcy spokojnie oglądali sobie Better Call Saul i kompletnie mnie ignorowali. Gdy już skończyli, chcąc sprawdzić, czy żyję, próbowali otworzyć drzwi, ale coś je blokowało. Po delikatnym odsunięciu okazało się, że byłem to ja! Zasnąłem, znudzony brakiem ich zainteresowania i monotonią otwierania / zamykania drzwi.
Nie każdy bohater pisze swoją epopeję snu. Ale ja — jak widać — robię, co mogę, i robię to z rozmachem godnym Georga Lucasa.
