Po roku przerwy wróciliśmy do Sopienia, dosłownie w ostatniej chwili, ale za to z przytupem! W tym roku czerwcówka wypadła dość późno, zaledwie dwa tygodnie przed naszymi wakacjami, więc Stwórcy byli skłonni znowu zrezygnować z wyjazdu do Sopienia, żeby w wakacje wysłać nas w końcu na jakiś obóz albo kolonię. Tylko że Bruno i ja zgodnie stwierdziliśmy, że albo jedziemy razem z kolegami, albo wcale, a po przejrzeniu wszystkich kalendarzy okazało się, że ta opcja nie wypali. I wtedy otworzyło się przed nami wielkie, błyszczące okno na Sopień! Skoro nie jedziemy na obozy, to przecież możemy pojechać tam — i tak też się stało.
Tym razem dostaliśmy domek Weranda, który znajduje się tuż obok głównego budynku. Miało to dużo zalet, szczególnie dla Stwórców, którzy mogli chodzić w miarę wcześnie spać (czytaj około dwudziestej trzeciej) i nie martwić się, że jakieś podchmielone osobniki, tudzież wracające bardzo późno dzieci, będą się tłukły po korytarzach i ich obudzą. Nam też się podobało, bo mieliśmy własny teren na piętrze, a na dole mogliśmy się od czasu do czasu pobawić, jak już nam się znudziło ganianie, latanie, granie i pływanie. Ale najlepszą częścią w tym roku było coś, do czego co Stwórcy zabierali się od dwóch lat — SUP, czyli deska do pływania na stojąco! Od dawna prosiliśmy, żeby ją kupili, i w końcu się udało. Po przyjeździe od razu chcieliśmy wskoczyć na wodę, ale wiatr był tak silny, że Stwórcy zgodzili się pozwolić nam popływać dopiero w piątek. Od razu po śniadaniu zabraliśmy się więc za rozpakowywanie i pompowanie SUP-a, żeby wszystko było gotowe na popołudnie, kiedy miało się trochę ocieplić, a wiatr trochę ucichnąć. W tak zwanym międzyczasie Bruno wybrał się z Ojcem na Bike Park na Kurzą Górę. Na początku zjeżdżali zieloną trasą, ale Bruno zaliczył mały wypadek pod koniec i zarządził przerwę na rosół i przemyślenie, czy chce jeszcze jeździć. Po chwili zdecydował się spróbować trasy niebieskiej i to był świetny wybór! Trasa była łatwiejsza, zakręty, choć bardziej wymagające, były bez luźnego piachu, więc szło mu super. Zamiast kończyć, jeździli na całego, a niedługo potem dołączył do nich Maciek B. z ojcem. Razem odważyli się na przejazd czerwoną trasą — a Bruno nawet wybrał najtrudniejszy wariant. Po tym wyczynie wrócili z powrotem na niebieską, gdzie jeździli jeszcze dobre pół godziny. Ja tymczasem testowałem SUP-a — było świetnie, choć niestety za krótko, bo wiatr skutecznie przeszkadzał. Ale sobota i niedziela to już była prawdziwe szaleństwo! SUP był non stop w użyciu — od spokojnego pływania ze Stwórcami, przez szaleństwa przy brzegu, po skoki na główkę prosto z deski. Jak co roku, nie zabrakło strzelania z pistoletów na wodę, grania w piłkę i kart piłkarskich. A wieczorami, przy ognisku, śpiewaliśmy z wujkiem B. naszą ulubioną „Przepióreczkę”.
W niedzielę zostały nam już tylko lody w Brodnicy, w „Czarnej Malinie” i potem powrót do domu. Już wiemy, że za rok na pewno musimy tam wrócić — i to znów w wielkim stylu!
