16 views 9 mins 0 comments

SŁOŃCE I WODA.

In 2015
12 lipca, 2015

Lato. Piękna pora roku – przynajmniej w teorii. Słońce, woda, wysokie temperatury, dużo świeżego powietrza. Lista marzeń każdego, kto przez dziewięć miesięcy siedział w poczekalni życia (oraz dziesięć już poza nią), słuchając entuzjastycznych relacji Stwórców o jakimś mitycznym lecie. Wakacje, kąpiele w jeziorze, opalanie się, grillowanie – brzmiało to jak trailer do filmu, który absolutnie muszę zobaczyć. Po długich miesiącach oczekiwania nadszedł w końcu ten moment i melduję tutaj z niekłamaną radością: warto było czekać. Chociaż nie zawsze wszystko szło zgodnie z planem.

W zeszłym tygodniu opuściliśmy mazurski raj i wróciliśmy do stolicy. Była to mniej więcej taka sama przyjemność, jak przejście z hotelowego all-inclusive prosto do więzienia. Mało metrów, gorąco jak w saunie (klimatyzacji, jak się okazało, rzeczywiście nikt nie zainstalował – czyż nie mówiłem?), a przede wszystkim nie można było wychodzić na zewnątrz, kiedy tylko dusza zapragnie. A moja dusza pragnęła cały czas! Dodajmy do tego brak notorycznie noszącej mnie na rękach babci i mamy kompletną katastrofę humanitarną. Moja strategia była więc prosta: po każdym posiłku organizowałem demonstrację na rzecz natychmiastowej ewakuacji z mieszkania. I całkiem szybko udało mi się przekonać Stwórców, że siedzenie w domu to przeszłość, a przyszłość należy do świeżego powietrza i wyjazdu – tym razem nad morze.

Podróż minęła bezproblemowo – jeden postój na uzupełnienie braków, zarówno w baku, jak i moim żołądku, co w świecie podróżowania z dzieckiem jest mniej więcej jak wygranie w totka. Do tego żadnych korków na bramkach, przez co musieliśmy za przejazd niestety zapłacić. A Pani Premier obiecywała, że będą otwarte! Pierwsza lekcja polityki: obietnice wyborcze a rzeczywistość to dwie różne rzeczy. Niedługo później zameldowaliśmy się w Rumii u wujka Arka, rozpakowaliśmy manatki i, jak w dobrym filmie o wakacjach, zainstalowaliśmy się na kocyku w ogródku. Jakże by inaczej! Pogoda zapowiadała się aż za dobrze – powyżej trzydziestu stopni. Stwórcy, obawiając się mojego odwodnienia (najwidoczniej nie chcieli tłumaczyć się przed sądem rodzinnym), zdecydowali, że na plażę pojedziemy dopiero po południu, gdy już się trochę ochłodzi. W okolicach piętnastej ruszyliśmy do Rewy, która przywitała nas wiatrem, falami i całym stadem kolorowych kite’ów na niebie. Ojciec, patrząc na nie, westchnął ciężko – znów ten nieszczęsny bagażnik, za mały na marzenia. Rozłożyliśmy koc, parawan, parasol… i zaczęło się plażowanie. Nie było to najbardziej interesujące zajęcie na świecie. Morze? Za zimne, za głośne, za duże. Piasek? Zbyt wszechobecny. Za to próba rozłożenia mojego wózka i garść piasku do degustacji – jak najbardziej tak. Stwórcy czytali gazety i moczyli nogi, a ja byłem zajęty moimi eksperymentami kulinarnymi. Dopiero obiad w Barze Nadmorskim poprawił mi humor – pstrąg okazał się absolutnym hitem. Zjadłem solidny kawałek, popiłem wodą, zagryzłem marchewką i od razu życie nabrało kolorów. To właśnie podoba mi się w wakacjach – te małe odkrycia, które sprawiają, że czujesz się jak Kolumb odnajdujący nowy kontynent, tyle że w wersji gastronomicznej.

Kolejnego dnia było jeszcze cieplej, więc scenariusz był podobny. Trochę jeszcze opóźniłem wyjazd, odbywając długą popołudniową drzemkę (strategia znana każdemu, kto próbował wydłużyć weekend), ale w końcu, w okolicach szesnastej, wybraliśmy się na wycieczkę do Gdyni. Nie wiem, czy już o tym wcześniej wspominałem, ale ostatnimi czasy jeżdżenie w wózku toleruję tylko gdy jestem już bardzo zmęczony i chcę szybko zasnąć. Dlatego spacer nadmorskim bulwarem daleki był od rodzinnej sielanki – bardziej przypominał marsz protestacyjny przeciwko środkom transportu. Nawet zwiedzanie u Ojca na barana nie sprawiało mi radości zbyt długo. Nie pomagało nic. Dopiero kocyk i trawka sprawiły, że łaskawie dałem się nakarmić. Dzięki temu Stwórcy mieli ze mną chwilę spokoju i, praktycznie umierając z głodu, zaczęli poszukiwania pożywienia dla siebie, chociaż chwilę wcześniej byli zdecydowani wracać do domu. Wujek Arek znalazł smażalnię z dużym tarasem, widokiem na plażę i port oraz podgrzanymi słońcem kafelkami. Tym razem serwowano dorsza i okazało się, że nie jest tak dobry jak pstrąg poprzedniego dnia. Może to po prostu mniej szlachetna ryba, może kucharz nie był tak dobry, może olej za stary, albo po prostu byłem najedzony. W każdym razie, po chwili karmienia wróciłem na kocyk i zająłem się sprawdzaniem mojego wózka po raz tysiąc pierwszy. Po drodze do domu zatrzymaliśmy się przy Muzeum Emigracji i zobaczyliśmy wpływający do portu kontenerowiec. Jednak pora była późna, ja marudny, a Stwórcy psychicznie zmęczeni – skończyło się więc szybkim odwrotem, a Wujostwo pozostało niepocieszone brakiem możliwości podziwiania tego zapewne ciekawego widoku. 

A trzeci i ostatni dzień? Ucząc się na błędach, zaczęliśmy od obiadu. I słusznie – znów pstrąg, znów rozkosz, tym razem tak dobry, że Ojciec musiał oddać mi połowę swojego. Takie są realia dzielenia się posiłkiem z ekspertem kulinarnym. Dopiero potem plaża – i to była zupełnie inna bajka niż wcześniej. Woda cieplejsza, fale łagodniejsze, dzieci dookoła, a ja z entuzjazmem plumkałem przy brzegu. Największą atrakcją był jednak dmuchany smok należący do pewnej dziewczynki. Koleżanka była dość wrogo do mnie nastawiona i tylko dzięki silnej perswazji swojej mamy, przyzwoliła mi na zabawę z nim. Pierwsza lekcja negocjacji: czasem trzeba mieć dobrego mediatora. Niestety dzień szybko się kończył, także po kolejnym moczeniu stópek zwinęliśmy cały majdan i pojechaliśmy do domu szykować się do wyjazdu. Oczywiście wyjechaliśmy godzinę później niż planowaliśmy, ale dzięki temu ruch był trochę mniejszy. Trafiliśmy tylko na jeden korek, który zaczął się przy skręcie na trasę alternatywną, z której Ojciec od razu skorzystał, i pomknęliśmy, ile fabryka dała, w stronę Mazur.

I tak zakończyły się moje pierwsze wakacje nad morzem. Czy były perfekcyjne? Nie. Czy były dokładnie takie, jak sobie wyobrażałem? Też nie. Czy były wspaniałe? Absolutnie tak. 

Visited 1 times, 1 visit(s) today