W związku z nadchodzącym powiększeniem naszej rodziny, Stwórcy stanęli przed wyzwaniem, które w historii ludzkości dorównuje budowie piramid: znalezieniem auta, które pomieści nie tylko naszą czwórkę, ale i cały bagaż niezbędny do przeżycia weekendu u babci. Ojciec podszedł do zadania z takim entuzjazmem, z jakim Napoleon witał wieść o rosyjskiej zimie. Po tygodniach poszukiwań i jednym nieudanym oglądaniu w Poznaniu, odłożył temat na półkę — obok swoich planów biegania i obietnic, że kiedyś nauczy się hiszpańskiego. Aż pewnego dnia, niczym Indiana Jones trafiający na Zaginioną Arkę, Ojciec wszedł na mobile.de i zobaczył Renault Megane (kombi ma się rozumieć) po gradobiciu. W jego oczach błysnęła iskra, jakby zobaczył Świętego Graala na czterech kołach. Od razu poczuł, że to było to czego szukał, czyli uszkodzona fura bez konieczności naprawiania. Filozofia równie kontrowersyjna jak twierdzenie, że “Mona Lisa” byłaby piękniejsza z wąsami, ale w kontekście budżetowo-motoryzacyjnym zaskakująco praktyczna. Matka prychnęła z lekkim sceptycyzmem, marząc po cichu o aucie bez wgnieceń, ale jak sama powiedziała: „Lepiej mieć pokiereszowaną Megankę pod blokiem niż idealnego Lexusa w zakładkach przeglądarki”. Kilka telefonów, jedna wyprawa z wujkiem Radkiem i po krótkich negocjacjach samochód stał się nasz. Jak się okazało, auto było w stanie idealnym – oprócz wgnieceń, ma się rozumieć. Po weekendzie w warsztacie wujka wyglądał prawie jak nowy, a Ojciec promieniał, jakby sam wygrał Le Mans. Kiedy w końcu auto dotarło na Mazury, przełożyliśmy fotelik i ruszyliśmy w dziewiczy rejs do Piasutna, czując się jak pionierzy na Route 66.
Jako że jesteśmy przy sprawach motoryzacyjnych, to muszę tutaj odnotować, że moje zainteresowanie samochodami rozkwitło dużo wcześniej. Najpierw były resoraki Dominika i Wiktora podczas poprzednich wakacji – moment epifanii równie przełomowy jak odkrycie Ameryki przez Kolumba. I tak już zostało. Mój garaż stale się powiększa z systematycznością imperium rzymskiego w czasach świetności, a zdecydowanie najwięcej czasu spędzam. Uwielbiam też siadać za kółko, a najbardziej jeździć na kolanach u Ojca, na tył ogrodu w Świętajnie i kręcić tam bączki. Ciekawe tylko czy będzie taki chętny do tego w nowym samochodzie. Mam wątpliwości! Do tego wszystkiego doszły gazety motoryzacyjne — literatura równie wciągająca jak powieści Grishama, ale z większą ilością zdjęć. Niewinna zabawa, która skończyła się tym, że nawet krótkie wyjście „na dwójkę” traktuję jak pit stop w Formule 1. Ba, nawet przy zwykłym siku przewracam strony z powagą konesera. Zastanawiam się tylko, jak będę to kontynuował, gdy zacznę sikać na stojąco… W mgnieniu oka zacząłem rozpoznawać poszczególne marki i loga – umiejętność równie przydatna jak znajomość alfabetu greckiego, ale znacznie bardziej praktyczna w codziennym życiu. Na spacerach przyglądam się samochodom i komentuję marki, jak krytyk sztuki w Luwrze. Ojciec twierdzi, że w tym tempie będę rozpoznawał modele aut z dokładnością Sherlocka Holmesa — i miał rację: rozpoznałem Volvo S60 z boku, co zrobiło na nim wrażenie większe niż pokaz fajerwerków w Nowy Rok.
Pewnego dnia w gazecie motoryzacyjnej Ojciec znalazł bilet na Warsaw Moto Show i uznał, że to znak z niebios (albo chociaż z marketingu). Długo się nie zastanawiając, nabył kolejny egzemplarz gazety i w sobotnie popołudnie ruszyliśmy by odkrywać cuda techniki. Dojechaliśmy dość późno i długo nie mogliśmy znaleźć wejścia – jak turyści szukający Machu Picchu bez przewodnika, ale z mniejszym ryzykiem choroby wysokościowej. Gdy w końcu dostaliśmy się do środka, mojej radości nie było końca – jak u dziecka w sklepie z zabawkami, co w zasadzie dokładnie opisywało sytuację. Zaczęliśmy od Mercedesów — zamknięte, niczym Sekretne Archiwa Watykanu. Toyota? Otwarte, w sam raz dla motoryzacyjnych proletariuszy. Renault? Raj! Zaliczyłem wszystkie: Clio, Meganki, Kadjary, Sceniki, nawet bagażniki sprawdzałem z zaangażowaniem, jakby miały kryć odpowiedzi na pytania o sens życia. Na koniec Lamborghini – auto równie nieosiągalne jak Święty Graal, ale znacznie głośniejsze i bardziej żółte. Zamierzaliśmy jeszcze iść do drugiej hali, ale niestety nie starczyło nam na to ani czasu, ani sił – jak turystom próbującym zwiedzić cały Louvre w jeden dzień.
Wracając do auta czułem się jak reporter „Top Geara” po całym dniu testów. A Ojciec? Patrzył na mnie z dumą, jakby właśnie wychował najmłodszego krytyka motoryzacji w kraju.
