7 views 14 mins 0 comments

RONALDO 2025.

In 2025
25 listopada, 2025

Marzenia. Te duże i te maleńkie, jak mawiał klasyk. Marzenia są dziwną kategorią. Nie podlegają ani prawom ekonomii, ani zdrowemu rozsądkowi, ani tym wszystkim budżetom domowym, które dorośli lubią cytować jak święte teksty. Jest w nich coś z geologii – małe pęknięcie, prawie niewidoczne, może prowadzić do wielkiego przesunięcia tektonicznego, które zmienia kształt kontynentów. Moje było z tych prawdziwie monumentalnych, godnych wpisu na listę UNESCO niematerialnego dziedzictwa dzieciństwa: polecieć do Rijadu i zobaczyć Cristiano Ronaldo na żywo. Nie w telewizji, nie na YouTubie, nie w trybie Ultimate Team w Fifie, gdzie można go kupić za wirtualne monety. W realu – z zapachem świeżo skoszonej murawy w powietrzu, hałasem stadionu w uszach i tym elektryzującym uczuciem, że oddychasz tym samym powietrzem co twój idol. I – uwaga, uwaga – właśnie udało mi się je zrealizować. Wyszło prawie idealnie, bo życie rzadko działa jak hollywoodzka biografia piłkarza, raczej jak czarna komedia z momentami wzruszenia. 

Zacznijmy od początku, czyli od liczb. Od roku odkładałem każdą złotówkę jak Smaug gromadzący skarby w Ereborze. Każdą okazję – urodziny, imieniny, Dzień Dziecka, Dzień Strażaka, a nawet Dzień Kosmonauty (o którego istnieniu dowiedziałem się, gdy okazało się, że można dostać wtedy prezent) – przekształcałem w działanie pod kryptonimem „Operacja Ronaldo”. Żadnych kart piłkarskich, żadnych piłek, żadnych spontanicznych zakupów w stylu „to jest absolutnie niezbędny gadżet, bez którego moje życie straci sens”. Nawet własne urodziny sprowadziłem do akcji crowdfundingowej „wrzucajcie do skarbonki jak najwięcej”. I to cztery razy! Pokusy były jak reklamy przed świętami – wszędzie i nie do uniknięcia. Nie powiem, często patrzyłem te wszystkie kuszące mnie rzeczy, jak romantyczny bohater z powieści Jane Austen na ukochaną, której rodzice nie wyrazili zgody na związek. Ale wytrzymałem. Cel był zbyt ważny, zbyt wielki, zbyt bliski, żeby pozwolić sobie na słabość. W końcu nie co dzień ma się szansę zobaczyć legendę na żywo.

Kiedy stan mojego portfela osiągnął poziom: „Możemy zacząć planować tę wariacką wyprawę”, zacząłem nagabywać Ojca z intensywnością godną Jordana Belforta w szczycie formy: sprawdzaj bilety, mecze, kontuzje, pogodę, fazy księżyca, cokolwiek, co mogłoby wskazywać, czy Ronaldo zagra. Pojawił się nawet projekt zastępczy: pojechać na mecz Portugalii. Bliżej, taniej, szybciej, bardziej europejsko. Ale los — niczym reżyser dobrego filmu — miał własny scenariusz, więc ta opcja pojawiła się i zniknęła niczym sen. Ronaldo z Irlandią dostał czerwoną kartkę, a nasz plan B zamienił się w plan C, czyli powrót do planu A: Rijad. Prawdziwa pielgrzymka, tyle że piłkarska. Ojciec szybko ogarnął sprawę (pod moim permanentnym naciskiem godnym najlepszego lobbysty). W sobotę pobudka o czwartej rano – kiedy nawet koguty mają jeszcze tryb „nie przeszkadzać”. O szóstej lot, potem długa przesiadka w Amsterdamie, która zamieniła się w wycieczkę na stadion Ajaxu, miejsce tak mityczne w historii futbolu jak Ateny w historii filozofii. Na lotnisku zrobiliśmy dobry uczynek i nagraliśmy podjazd Airbusa A380 – wydarzenie tak ekscytujące dla Bruna, jak dla innych dzieci otwarcie nowego placu zabaw. A potem: kroki, jedzenie, czekanie i wreszcie wsiedliśmy w naszego Airbusa A330 wprost do Rijadu.

Wylądowaliśmy już po północy i w kolejce do odprawy paszportowej spotkaliśmy Pana Jarka z Poznania, który również planował wizytę na meczu. Skończyło się wspólną taksówką i planami na kolację po meczu. W hotelu mały i wcale niekrótki chaos – system w aktualizacji, recepcjonista w trybie „proszę o cierpliwość”, a my o drugiej w nocy marzyliśmy tylko o łóżku, jak średniowieczni pielgrzymi o Ziemi Świętej. Kiedy się już doczekaliśmy, radość okazała się przedwczesna i bardzo krótka. Za oknem właśnie ruszyła nocna zmiana budowy, z wiertarkami udarowymi i obijającymi się podporami stropów. Ojciec zrobił awanturę w recepcji, ale inny pokój mieliśmy dostać dopiero rano. Na szczęście hałas w pewnym momencie ustał i udało nam się zasnąć.

Wstaliśmy tuż przed dziesiątą, żeby zdążyć na śniadanie, chociaż ja mogłem spać kolejne kilka godzin. Niestety na takie luksusy nie mogliśmy sobie pozwolić, w końcu Rijad nie zwiedzi się sam. Pogoda idealna, słońce, lekki wiaterek i dwadzieścia pięć stopni na termometrze – Matka byłaby zachwycona. Zaczęliśmy od słynnego „otwieracza”, który wygląda dokładnie jak… otwieracz. To symbol możliwości, jakie może dać architektura, kiedy inżynier ma poczucie humoru i nieograniczony budżet. Następnie odwiedziliśmy stary pałac Al Masmak – przypominający zamek z piasku budowany przez bardzo ambitne dziecko. Później ultranowoczesne biurowce KAFD, wyglądające jakby ktoś grał w SimCity i miał nieograniczony budżet. Co akurat w przypadku Rijadu może być nawet prawdą! Następny przystanek to Stadion Al-Hilal – niestety zamknięty. Ochroniarz był tak uprzejmy, że zaproponował nam nocleg u siebie w domu i trzy tradycyjne, arabskie posiłki dziennie. Grzecznie odmówiliśmy, zrobiliśmy szybkie zdjęcie i zjedliśmy tradycyjne, arabskie KFC. Globalizacja to piękna rzecz. Po posiłku metro, powrót do hotelu, zmiana odzieży i kierunek — mecz! Pod drodze zahaczyliśmy jeszcze o sklep Al-Hilal, ale niestety nie było żadnych przecen, tylko stroje z tego sezonu w cenach jak za relikwie świętych, więc po nabyciu tradycyjnego kubeczka opuściliśmy lokal i pojechaliśmy na stadion. 

To, co wydarzyło się na stadionie, było emocjonalną wersją EKG. Albo klasyczną grecką tragedią: wzloty i upadki, dramaty, łzy, katharsis. Najpierw musieliśmy zostawić plecak, co samo w sobie nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że zostały w nim moje transparenty. Wróciliśmy po nie. Uratowane. Uff. Pierwszy kryzys zażegnany. Teraz już szybko do Al-Nassr megastore po koszulkę i pamiątkową piłkę. Megastore okazał się kontenerkiem z cenami rodem z butiku Louis Vitton i różnorodnością asortymentu jak w mięsnym pod koniec lat osiemdziesiątych. Koszulki nie kupiłem. Piłki nie było. Nie pozostało nic innego, jak udać się na trybuny. Miejsca mieliśmy blisko narożnika pola karnego, więc większość czasu spędziłem przy barierce, trzymając w pogotowiu duży transparent z prośbą o autograf. Nic szczególnego, tylko marzenie dziecka zapisane na papierze, ale policjant stojący niedaleko kazał mi go oddać. Powiedział, że nie można mieć transparentów i…. tyle. Poszedł sobie z moim marzeniem w kieszeni. Łzy cisnęły mi się na policzki, jak woda za tamą, ale Ojciec mnie pocieszył – w końcu mieliśmy jeszcze dwie kartki A4 z kolejną prośbą o autograf. Oczywiście też mi je zabrano, z obietnicą, że oddadzą po meczu. Tu już pękłem. Łzy same wypłynęły, jakby reżyser nacisnął guzik „emocje dziecka — maksimum”. W zasadzie to brakowało tylko, żeby Ronaldo nie zagrał – wtedy to byłaby tragedia godna Sofoklesa. 

Na szczęście (jak się później okazało) był to najniższy punkt wieczoru, dno emocjonalne, od którego można było już tylko iść w górę. Chwilę później zaczęła się magiczna część tej opowieści. Ojciec zobaczył na „X” zdjęcie Ronaldo w tunelu z podpisem „Gotowy do pracy”. Kilka razy zabierał się do przesłania mi o tym informacji (w końcu dzieliło nas jakieś 15 metrów), ale się za każdym razem powstrzymywał, żebym nie napalił się na maksa, a później okazało się, że jednak go nie będzie. Chwilę później wyszli trenerzy i zaczęli rozstawiać różne, żółto-niebieskie elementy treningowe – na połowie boiska przy naszych miejscach. Było już pewne, że rozgrzewka będzie przy nas, kilka metrów od moich oczu! I wtedy nadszedł ten moment – piłkarze wybiegli na rozgrzewkę, a wśród nich był ON! Adrenalina skoczyła do maximum! Zacząłem krzyczeć, jak oszalały – zresztą nie byłem osamotniony – większość dzieci na stadionie zaczęła wyć głośniej, niż syreny podczas nalotu bombowego. Humor mi się poprawił, odrobinę. Teraz pozostawało tylko czekać na jego gola i zrobienie klasycznego ‘Suuuu’. W pierwszej połowie gola prawie strzelił, i to dwa razy! Niestety, raz piłka minęła słupek o milimetry, a później bramkarz wykazał się interwencją roku. Strzelił za to Joao Felix i Wesley i po każdym golu świętowali w naszym narożniku, tuż przed nami. Druga połowa to bramka dla przeciwników, której nie zobaczyliśmy (kolejka po wodę i do toalety) oraz kolejne próby Ronaldo i zdobyta przez niego bramka (ale nieuznana). Uznali za to przepiękna bramkę Mane w okienko. Czas uciekał, a moje marzenia o „Suuuu” powoli umierały. Tłumaczenia Ojca, że mamy farta, że gra, że gola (co prawda nieuznanego) strzelił i w ogóle, że super jest, znaczyły dla mnie tyle co nic. Ale Ronaldo nie bez powodu jest GOAT’em. Dziewięćdziesiąta piąta minuta. Dośrodkowanie z prawej strony. Ronaldo w polu karnym, otoczony obrońcami jak Spartanie w Termopilach. I wtedy odpala przewrotkę jak z podręcznika futbolu pisanego dla bogów. Piłka w siatce, gol sezonu. Dziękuję, dobranoc! Stadion eksplodował. Ja też. Krzyczałem, skakałem, płakałem, a nawet robiłem te trzy rzeczy naraz.

Po meczu spotkaliśmy się z Panem Jarkiem i pojechaliśmy do Najd Village, tradycyjnej arabskiej restauracji, gdzie zjedliśmy późną kolację siedząc po turecku na dywanie jak kupcy na Jedwabnym Szlaku. Następnie spacerkiem wróciliśmy do hotelu, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Tam czekała nas krótka noc i długi powrót do domu. Byłem szczęśliwy. Spełniłem marzenie. Wszyscy to mówili: Ojciec, Pan Jarek, a nawet Pani stewardessa podczas lotu powrotnego, która okazała się Polką i słuchała mojej historii z uśmiechem. Ale ja miałem tę małą ryskę w duszy: transparenty przepadły, autografu brak, koszulki brak, piłki brak. Dobrze, że chociaż kubeczek Al-Hilal został — symbol podróży, której nie zapomnę do końca życia. Mimo małych rozczarowań — spełniłem swoje wielkie marzenie. A marzenia, jak wiadomo, mają własne zasady gry. Nie zawsze dają ci to, czego chcesz, ale zawsze dają ci to, czego potrzebujesz.

Visited 1 times, 1 visit(s) today