Pogoda ostatnio poprawiła się tak bardzo, że nawet Stwórcom wróciła ochota na życie – niczym kot, który zaginął trzy dni temu, a wraca z miną „o co wam w ogóle chodziło”. Wraz z nowo odkrytą energią przyszła też ochota na wycieczki. To była prawdziwa metamorfoza – z ponurych zimowych stworzeń w optymistycznych poszukiwaczy przygód z folderów turystycznych. W sobotni wieczór odbyła się wielka narada strategiczna: laptop na kolanach, mapy na laptopie, a w tle dyskusje w tonie, jakby planowali wyprawę na biegun południowy, a nie 40 minut drogi od domu. Po szybkim przeglądzie możliwości – od jezior po zamki, od parków linowych po muzea, z których połowa była zamknięta – wybór padł na Nieborów. Park, pałacyk, trawa, drzewa, stawy, słońce – w teorii idealne miejsce na niedzielę. W teorii, bo jak wiadomo, teoria i praktyka w naszej rodzinie mają tyle wspólnego, co dieta z niedzielnym deserem.
Wyjechaliśmy „po śniadaniu, kawie i chwili relaksu”, czyli w tłumaczeniu z rodzicielskiego na polski: co najmniej godzinę później niż planowano. To rodzinny klasyk – plan o 9:00, wyjazd o 10:30, w międzyczasie trzy zmiany decyzji, dwa „a może jeszcze termos z herbatą?” i jedno „czy zamknęliśmy wszystkie okna?”. Na szczęście szybko trafiliśmy na autostradę i pognaliśmy jak błyskawica… 120 km/h. Dla nas – szaleństwo, dla Niemców – ruch lokalny. Na miejscu zaczęło się klasyczne „karawana wyrusza w drogę”: wózek, torba z jedzeniem, torba z moimi rzeczami, aparat, laptop… Wszystko co trzeba, a nawet to czego nie trzeba. Wyglądaliśmy jak ekspedycja badawcza w Hindukuszu, tylko że w sandałach i z wafelkami w plecaku. Stwórcy kupili bilety na wszystkie atrakcje, z miną ludzi, którzy zamierzają spenetrować każdy zakamarek – a w rzeczywistości liczyli, że uda się coś zobaczyć, zanim zacznę marudzić. Zwiedzanie zaczęliśmy od drugiego śniadania na trawie. Dorośli to lubią, daje im to poczucie bliskości z naturą, nawet gdy jedyna natura w okolicy to przystrzyżona trawa i sztucznie posadzone krzewy. Ja nie czułem się zbyt głodny (pierwsze śniadanie zjadłem niecałą godzinę wcześniej), ale z grzeczności dotrzymałem im towarzystwa i coś tam skubnąłem.
Potem Matka wywiodła nas w głąb lasu, boczną ścieżką, pewna swoich kroków jak doświadczony przewodnik. Przez moment brnęliśmy wśród gigantycznych pokrzyw, które wyglądały jak tajna armia gotowa do ataku na nasze łydki. Na szczęście wewnętrzny GPS Matki był bezbłędny i szybko wróciliśmy do „cywilizacji” – utwardzonych dróżek i żółtych tabliczek. Tutaj pograłem trochę w piłkę i spotkałem koleżanki, które uważnie przyglądały się jakiemuś robakowi z fascynacją właściwą młodym entomologom. Chemii jednak nie było. One były w trybie „poznajmy naturę”, ja w trybie „kopnijmy w piłkę i zróbmy hałas”. Zanim zdążyłem znudzić się na całego, wsadzono mnie do wózka i… drzemka. Świeże powietrze i kołysanie działały lepiej niż najlepsza kołysanka. Morfeusz zjawił się błyskawicznie, a ja tanecznym krokiem przeszedłem w krainę snów. Słodko więc sobie spałem, Matka wygrzewała się na słońcu z gazetą, a Ojciec wyciągnął laptopa, bo najwyraźniej nie ma nic bardziej relaksującego niż praca w parku.
Upłynęła mniej więcej godzina i ponownie wróciliśmy do tego, co lubimy najbardziej, czyli do jedzenia. To już był trzeci posiłek tego dnia, ale kto liczy? Po skonsumowaniu lekkiego obiadu, który tak naprawdę można było nazwać co najwyżej przystawką, ruszyliśmy zwiedzać dalej. Zajrzeliśmy do oranżerii (słabiutka – kilka roślin w szklanych klatkach), zajrzeliśmy do kolejnego budynku z kamieniami i leżakami (tu już lepiej, niedużo lepiej, ale lepiej – przynajmniej można było usiąść), i udaliśmy się w stronę głównej atrakcji – pałacyku. Jak się okazało, po drodze była knajpka, do której zawinęliśmy na “szybką kawę”, a skończyło się – a jakże! – jedzeniem. Czwartym tego dnia, ale kto liczy. Tym razem obiad dla wszystkich, który niestety nie był najwyższych lotów, jeśli w ogóle można tu mówić o jakichkolwiek lotach. Był raczej na poziomie lotu szybowca z uszkodzonym skrzydłem. Na ratunek przyszła szarlotka z lodami, do tego pograłem jeszcze w piłkę z nowymi kolegami, więc pomimo obrzydliwego jedzenia przerwę obiadową uznaję zdecydowanie za udaną. Po tym nie pozostało już nic innego jak tylko zwiedzić główną atrakcję – pałacyk. Dużego wrażenia na mnie nie zrobił. Co to za atrakcja, gdzie nie można niczego dotknąć, niczego przesunąć, nigdzie wejść??? Wszystko za szklanymi gablotkami, wszystko z daleka, wszystko “proszę nie dotykać”. To było jak wizyta w muzeum zabawek, gdzie można tylko patrzeć, ale nie można się bawić. Popierdółka, nie atrakcja, ot co! Wobec tego udaliśmy się w kierunku bramy, zahaczając po drodze o wystawę porcelany – kolejną kolekcję rzeczy, których nie można było dotknąć i które wyglądały równie nudnie jak wszystko inne w tym miejscu. Na koniec nie mogło oczywiście zabraknąć kolejnego posiłku – tym razem mojego podwieczorka, który skonsumowałem na trawce przy krzaczku, tuż obok samego wyjścia. Piąty posiłek tego dnia, ale w tym momencie już nikt nie prowadził rachunku.
No i to by było na tyle. Podróż powrotna minęła błyskawicznie – głównie dlatego, że przespałem większość drogi. W tym całym dniu zdecydowanie brakowało mi jakiejś zjeżdżalni albo choćby fontanny z kamieniami do wrzucania, ale ogólnie: dzień zaliczony na plus. Stwórcom się podobało, więc planują kolejne wojaże. A ja? Już czekam, bo każda wycieczka to nowe jedzenie i nowe okazje do znalezienia czegoś ciekawszego niż te nudne zabytki, które dorośli tak uwielbiają oglądać.
