19 views 4 mins 0 comments

PRZEPROWADZKA.

In 2017
26 stycznia, 2017

Jak sama nazwa wskazuje – i jak można się domyślać z poprzedniego wpisu, jeśli ktoś śledzi moją sagę równie wiernie jak niegdyś ludzie czekali na kolejne odcinki Friendsów – pod koniec stycznia nadszedł czas na przeprowadzkę do nowego mieszkania. Przygotowań niestety nie było, ponieważ Stwórcy do ostatniej chwili czekali na decyzję, czy właściciele nowego mieszkania wstawią nam szafę w zamian za odmalowanie. 

Żyjąc w tej niepewności – w stanie, w którym plan pięcioletni Związku Radzieckiego jawiłby się jako mistrzostwo logistyki  – Stwórcy nie mogli ani przygotować przeprowadzki, ani zacząć wywozić rzeczy, ani nawet podjąć decyzji o tym, które meble w Ikei mają potencjał na status rodzinnej relikwii. Zatem wciąż beztrosko bytowaliśmy na Młynarskiej, jakby to była nasza własna mała Toskania, tylko z gorszą pogodą i widokiem za oknem. Od czasu do czasu ktoś przychodził obejrzeć nasze mieszkanie, co na początku każdej wizyty przyprawiało mnie o niechęć graniczącą z furią (taką małą, prywatną rewolucję francuską w mojej głowie), ale zanim wychodzili, nagle stawali się dla mnie tak fascynujący, że nie mogłem przestać do nich zagadywać. I to wszyscy! 

Pomimo posiadania kluczy, data przeprowadzki wyjaśniła się dopiero w piątek – przed poniedziałkową akcją – co tylko podkręciło atmosferę suspensu rodem z Hitchcocka. W związku z napiętym terminarzem i wielkim planem pakowania w weekend, Matka, w geście, który zna każdy producent katastrofalnych filmów romantycznych, zarezerwowała bilety do teatru na sobotę oraz zaprosiła panią Anię z pierwszego piętra. Pani Ania to starsza dama, zakochana we mnie bez pamięci – jak Romeo w Juli – która co rusz obdarowywała mnie prezentami. Później, gdy Stwórcy wychodzili do teatru, wpadli Ola z Łukaszem, którzy mieli dopilnować, żeby Stwórcy mieli do czego wracać po teatrze oraz położyć mnie spać. Spać miałem w pielucho-kąpielówkach (ponieważ nie było zwykłych pieluch), a zostałem położony w zwykłych kąpielówkach basenowych. Jak to miało pomóc w niezmoczeniu łóżka, podejrzewam, że nawet ona nie wie.

W niedzielę wzięliśmy się za pakowanie. Ja, rzecz jasna, odgrywałem główną rolę – ciągle przeszkadzając albo dramatycznie płacząc, gdy ktoś próbował zapakować moje rzeczy. To było jak film pod tytułem. „Nie dotykaj mojej zabawki”. A mimo tego udało się w miarę sprawnie wszystko przygotować i nawet zamówić chłopaków do przeprowadzki na poniedziałkowe popołudnie. W dniu przeprowadzki Ojciec wstał skoro świt, zrobił pierwszy kurs z lekkimi rzeczami i zdążył jeszcze wrócić na śniadanie – jak generał, który wraca z pola bitwy tylko po to, by zjeść jajecznicę. Później wszystko szło zaskakująco sprawnie i do wieczora byliśmy już przeprowadzeni, włącznie z zawiezieniem niepotrzebnej wersalki na Młynarską (niczym trofeum wojenne, które trzeba odstawić do muzeum).

Co prawda czekało nas jeszcze mnóstwo pracy przy doprowadzaniu nowego lokum do warunków mieszkalnych – ściany do malowania, szafa do zdobycia, a może i jakieś nieplanowane odkrycia archeologiczne w zakamarkach szafek kuchennych – ale najgorsza robota była już zrobiona. I tak mogliśmy, choćby przez moment, cieszyć się z nowego mieszkania, jakbyśmy właśnie zdobyli własne królestwo, tylko że bez królewskiej korony i orszaku dworskiego.

Visited 1 times, 1 visit(s) today