52 views 7 mins 0 comments

PRZEDSZKOLE.

In 2017
20 maja, 2017

Czas to dziwny wynalazek. Jeszcze wczoraj, zdawałoby się, byłem zbitkiem komórek, a dziś – proszę bardzo – za chwilę będę miał trzy lata. Trzy W świecie dorosłych to może i niewiele, ale w mojej biografii to już cała epoka. W związku z tym jestem – przynajmniej teoretycznie i według świętych przepisów prawa polskiego – gotowy do pójścia do przedszkola, tej pierwszej instytucji edukacyjnej, która ma mnie przygotować do życia w społeczeństwie. Podobno.

Jeszcze całkiem niedawno Stwórcy planowali wysłać mnie do jakiegoś ekskluzywnego montessori – tej pedagogicznej koncepcji, która brzmi jak nazwa eleganckiej włoskiej restauracji, ale w rzeczywistości jest filozofią edukacyjną dla dzieci, których rodzice czytają za dużo blogów parentingowych. Ale jak to kiedyś powiedział Ojciec (cytując prawdopodobnie jakiś zapomniany film): plany się zmieniają. Jego wizja zostania potentatem biznesowym, który finansuje edukację dzieci w placówkach pachnących szlachetnym drewnem i skandynawskim minimalizmem, jeszcze się Ojcu nie ziściła. Opinie o Montessori zaś bywają tak skrajne, że nawet algorytmy Google’a zacinają się ze zdziwienia. Stwórcy wystartowali więc w naborze do przedszkoli państwowych. Problem polegał na tym, że wybór placówki odbywał się w trybie ekspresowym. W dodatku dokonywany był w czasie, gdy na nic nie było czasu – to znaczy, gdy każda wolna chwila była już zapisana w kalendarzu pod hasłem „ważne”, „pilne” albo „ratunku”. Zero czasu na odwiedziny, rozmowy z dyrektorkami, czy – nie daj Boże – świadome decyzje. O takich fanaberiach można było zapomnieć, choć w gruncie rzeczy to były właśnie te rzeczy, które powinny stanowić fundament tak ważnej decyzji. Zastosowano więc metodę „na logistykę” – co w teorii brzmiało rozsądnie, ale w praktyce nie miało nic wspólnego z logiką. Wybrali przedszkola wzdłuż trasy autobusu 208. To miało sens, dopóki nie przypomniałem im, że ostatni raz widzieli autobus od środka chyba jeszcze w epoce analogowej – gdzieś między wejściem Polski do Unii a pierwszym iPhonem.

Rozumowanie było następujące: gdy Brat będzie miał niańkę, a gdy Stwórcy nie będą mogli mnie zawieźć lub odebrać na czas, to zawsze niańka może podjechać autobusem. Teoretycznie brzmi to sensownie, praktycznie przypomina planowanie lądowania na Księżycu bez znajomości podstaw fizyki. Albo kupowanie domu na podstawie zdjęć z internetu, bez oglądania na żywo. Moim zdaniem lepiej było jednak pojechać, odwiedzić, zobaczyć, porozmawiać. Ale mnie o zdanie oczywiście nikt nie pytał – dzieci w tym wieku są jak obserwatorzy ONZ: mogą patrzeć, ale nie mogą głosować. Nie pytali też, co wydaje mi się równie absurdalne, innych ludzi na osiedlu, gdzie zapisują swoje dzieci. Gdyby to zrobili, mogliby stworzyć coś w rodzaju lokalnej kooperatywy transportowej – jeden rodzic zawozi, drugi odbiera i tak dalej. W końcu na takich elementarnych danych podejmuje się racjonalne decyzje, prawda? To proste jak budowanie klocków Lego, ale wymaga czegoś, czego Stwórcom najwyraźniej zabrakło: użycia szarych komórek i komunikacji z sąsiadami. Ale co ja niby mogę o tym wiedzieć – jestem tylko głównym zainteresowanym. Jak już wspominałem, w wir życia wciągnął wszystkich tak mocno, że jakoś nie było na to wszystko czasu.

I tak oto, po krótkich naradach (jeśli można je tak nazwać – bardziej przypominały wymianę spojrzeń przy zmywaniu naczyń), padło na Dickensa. Dlaczego? To jedna z tych zagadek, które mogą trafić do działu „Nierozwiązane Tajemnice Ludzkości” między losem Bursztynowej Komnaty a tożsamością Banksy’ego. Może nazwa brzmiała wystarczająco literacko, może liczyli na to, że gdzieś w kącie bawi się mały Oliver Twist?  Tego nie wie nikt. Wypełnili stos dokumentów tak wysoki, że mógłby zasłonić Mount Rushmore i powiedzieli o swoich zarobkach więcej, niż zdradziliby w konfesjonale czy przy trzecim kieliszku prosecco. Po tej administracyjnej batalii wyjechaliśmy przeczekać okres rekrutacji na Mazurach, jak uchodźcy wojenni oczekujący na rozstrzygnięcie swojego losu.

Punktów przyznali wystarczająco, bym mógł z dumą wejść w świat przedszkolnej edukacji. Stwórcy, zamiast świętować, przez dwa dni chodzili z minami jak po obejrzeniu „Krzyku” Muncha na żywo – pluli sobie w brodę, że nie sprawdzili opinii sąsiadów, nie odwiedzili placówek ofert, nie rozważyli innych, wyżej wspomnianych przeze mnie czynników wyboru. Okazało się jednak, że czasami – i tu mała lekcja z filozofii życia – warto dokonać dziwnego wyboru bez większego sensu, bo los bywa łaskawy dla odważnych głupców. Matka pogadała ze znajomą znajomej i dowiedziała się, że to przedszkole jest świetne. Może nie wygląda jak katalog IKEA, nie ma tych wszystkich nowoczesnych gadżetów jak w placówkach prywatnych, ale standardy operacyjne są solidne: procedury dobrze ustalone, personel wykwalifikowany i życzliwy, a przede wszystkim: nie ma słodyczy. Bingo! Trafiło się ślepej kurze ziarno, jak trafnie opisuje ludowa mądrość szczęśliwe przypadki.

Czasem więc naprawdę opłaca się robić głupie rzeczy. Ale przy wyborze szkoły podstawowej, drodzy Stwórcy, może jednak darujcie sobie eksperymenty „na logistykę” i poszukajcie bardziej sensownej strategii. W końcu nie każda podróż bez mapy kończy się odkryciem nowego kontynentu – czasem po prostu kończysz na przystanku końcowym w złej dzielnicy. 

Visited 32 times, 1 visit(s) today