27 views 8 mins 0 comments

POUCZENIA I UWAGI.

In 2017
20 listopada, 2017

Stwórcy twierdzą, że ostatnio strasznie mi się język wyostrzył – cokolwiek to znaczy, bo dla mnie jest on taki sam jak zawsze, ten sam aparat mowy, te same struny głosowe, ta sama zdolność do formułowania myśli w słowa. Ale najwyraźniej dorośli mają własne kategorie oceny dziecięcej elokwencji, własne miary tego, co jest normą, a co przekracza granice akceptowalnego komentarza. No cóż. Ja tylko raportuję rzeczywistość. Oczywiście moje komentarze w większości dotyczą spraw bieżących i najczęściej niezbyt dla mnie komfortowych – bo kiedy wszystko jest dobrze, po co mówić? Ale zdarza mi się również zabłysnąć w sposób pozytywny, te rzadkie momenty, gdy moje słowa przynoszą ulgę zamiast irytacji.

Przykłady? Już się robi! Zacznijmy od pozytywnych, bo życie uczy nas, że dobre wiadomości powinny przychodzić pierwsze. Któregoś dnia napięcie, zmęczenie, frustracja i zniechęcenie (kolejność dowolna, bo wszystkie te emocje mieszają się w jeden toksyczny koktajl) u Stwórców sięgnęło zenitu. No i w końcu Matka wybuchła niczym Little Boy nad Hiroszimą – porównanie może drastyczne, ale skutek był podobnie dramatyczny w skali rodzinnej. Bardzo mi się to nie spodobało i zrobiło mi się przykro. I to takie prawdziwe, szczere, nieprzefiltrowane przez cynizm przykro, które czują dzieci, gdy widzą cierpienie kogoś bliskiego. Więc zamiast wejść w tryb „znikam pod stołem, bo jest głośno” — poczułem, że muszę zadziałać. Jak mały terapeuta rodzinny, który zjadł za dużo empatii. Szybko więc pobiegłem ją pocieszyć i powiedziałem z całą prostotą i geniuszem, na jaki stać trzylatka:

“Mamo! Nie bądź smutna. Bądź szczęśliwa!”

I proszę bardzo – zadziałało jak złoto, jak guzik resetu w komputerze. Całe napięcie opadło jak balon, z którego nagle ucieka powietrze, a atmosfera zrobiła się wręcz sielankowa. Te proste słowa zadziałały lepiej niż godziny terapii. Czasami naprawdę nie rozumiem, dlaczego dorośli nie wpadają na takie rozwiązania samodzielnie.

Jeśli chodzi o pouczenia – ta druga kategoria moich werbalnych interwencji – to podczas obiadu w Bambaryle w Tulcach, zwróciłem Ojcu uwagę na niezdrowe napoje. Dialog przebiegał następująco:

– Tato. Co pijesz? 

– Colę.

– Cola jest niezdrowa!

Prosto, konkretnie, bez owijania w bawełnę. Lekcja z zakresu zdrowego żywienia przeprowadzona przez trzylatka, który najwyraźniej lepiej słuchał tych wszystkich pogadanek o zdrowym odżywianiu niż sam konsument napoju gazowanego. Zresztą z Ojcem to generalnie jest wesoło – jeśli przez “wesoło” rozumieć nieustanne przypominanie mu podstawowych zasad funkcjonowania w cywilizowanym społeczeństwie. Katalog pouczeń jest długi jak lista zakupów przed świętami:

– Tato nie chodź w butach po domu…

– Tato nie obgryzaj palców…

– Tato to trzeba zrobić inaczej…

I tak dalej, i tak dalej. Czasem mam wrażenie, że jestem jego osobistym trenerem życiowym, tylko nie płaci mi za to ani grosza. Ale nie myślcie, że Matka ma łatwiej. Jej uprzywilejowana pozycja w moim sercu nie oznacza zwolnienia z krytyki. Przykład? Proszę bardzo: Blue City, Sephora, testowanie perfum. Od razu psiknąłem sobie w oko. Zdarza się najlepszym, zwłaszcza gdy mają metr wzrostu. A to był zaledwie początek serii niefortunnych wydarzeń, które mogłyby stanowić scenariusz komediowego filmu. Podczas zamawiania lunchu oddaliłem się w nieznane – zniknąłem jak duch, jak Houdini podczas największego numeru, zostawiając Matkę w panice charakterystycznej dla rodziców, którzy nagle zdają sobie sprawę, że dziecko nie jest tam, gdzie być powinno. Jak już się odnalazłem, to w każdym kolejnym sklepie albo ginąłem – bo przecież jeden raz nie wystarczy, trzeba powtarzać numer, żeby był pewny – albo przynosiłem co raz to inne rzeczy z informacją o konieczności ich nabycia. “Mamo, chcę to!”, “Mamo, możemy to kupić?”, “Mamo, potrzebuję tego!” – mantra małego konsumenta w świątyni kapitalizmu. 

Gdy nie mam ochoty czegoś zjeść – co według Stwórców dzieje się zbyt często, a według mnie po prostu wystarczająco często – od razu komunikuję, że dzisiaj tego zjeść nie mogę. Ale słowo “nie mogę” nie wystarcza. Stwórcy wymagają podania powodu. I musi to być powód logiczny. W mojej logice występują takie oto różne „powody”:

  • Bo jadę do pracy (choć nie mam pracy)
  • Bo dzisiaj jest sobota (jakby dzień tygodnia miał wpływ na preferencje żywieniowe)
  • Bo to już jadłem wczoraj (czasami prawda, czasami kłamstwo)
  • Bo jutro będę jadł na kolację (planowanie z wyprzedzeniem)
  • Bo… milion innych powodów

Kreatywność w wymyślaniu wymówek jest nieograniczona jak wszechświat. Ostatnim usłyszanym przez Stwórców było “bo dzisiaj mam proteiny” – argument tak absurdalny, że nawet ja nie jestem pewien co miałem na myśli, szczególnie, że miałem zjeść kurczaka. Ale zabrzmiał przekonująco. Czasem wystarczy brzmieć poważnie, żeby wygrać dyskusję.

Niestety nie pamiętam więcej przykładów – pamięć trzylatka jest jak sejsmograf, rejestruje tylko największe wstrząsy, reszta ginie w szumie codzienności. Ale uwierzcie mi, że codziennie jest ich kilka – te małe, średnie i wielkie komentarze, pouczenia, uwagi, które tworzą symfonię życia rodzinnego. Całe szczęście, że Stwórcy również ich nie pamiętają – bo gdyby mieli prowadzić szczegółową kronikę, długo by ze mną nie wytrzymali. Czasami najlepszą odpowiedzią na wyostrzony język dziecka jest po prostu zapomnieć, co powiedziało pięć minut temu. I czekać na następny komentarz, który przyjdzie nieuchronnie, jak pory roku.

Visited 1 times, 1 visit(s) today