9 views 4 mins 0 comments

POLSKA-MALTA.

In 2025
25 marca, 2025

Jak już pewnie wiecie, kopanie piłki to u nas nie hobby, tylko styl życia. Ja trenuję od pierwszej klasy w klubie KS Warszawiak, a Bruno dopiero co wrócił po dwuletniej przerwie — i to w takim stylu, jakby wchodził na boisko przy dźwiękach hymnu Ligi Mistrzów. Okazało się, że jego powrót wpadł idealnie w kalendarz, bo nasz trener, Pan Marcin, tydzień wcześniej ogłosił, że spróbuje załatwić bilety na mecz reprezentacji na Stadionie Narodowym. Oczywiście radość była taka, jakbyśmy właśnie dowiedzieli się, że teraz w szkole będzie tylko WF. W niedzielę wieczorem, tuż po powrocie z Mazur, Ojciec dostał wiadomość: Mamy to! W poniedziałek idziemy na mecz!

Przygotowania zaczęliśmy od rzeczy najważniejszej, czyli… jedzenia. Najpierw drugi obiad o szesnastej, potem kolacja o osiemnastej. Dalej pakowanie tornistrów na jutro, a wreszcie najważniejszego plecaka: tego ze smakołykami. Potem jeszcze polowanie na rękawiczki Bruna, które znalazły się w kieszeni jego kurtki — zapewne tam zimowały, odkąd ostatni raz było -5°C. Samochód zostawiliśmy u Matki w pracy na Mysiej, potem dwa przystanki tramwajem i… jesteśmy. No i tu wpadł mały stresik: Stwórców miało nie być z nami na stadionie. Niby jesteśmy już duzi, ale wiecie… Stadion Narodowy to jednak trochę inny level niż szkolna sala gimnastyczna. Bruno jak zwykle udawał, że nic go nie rusza (a może faktycznie tak było), ja natomiast trochę się stresowałem. Co gorsza, okazało się, że niektórzy rodzice kolegów mają bilety i idą wspólnie. Sytuację chyba uratował „wymagający” przeciwnik: bilety były jeszcze dostępne! Ojciec, który wcześniej nawet nie sprawdzał, bo był pewien, że wyprzedane, w trzy kliknięcia kupił dwa miejsca w naszym sektorze. Humor od razu mi wrócił! Oczywiście, żeby nie było za łatwo, trzeba było stać kilkanaście minut w kolejce do drukowania biletów, bo przecież skaner „nie czyta z telefonu, tylko z papieru”. Okazało się, że jednak czyta… ale dopiero pięć minut przed pierwszym gwizdkiem. Stwórcy wpadli więc na trybuny w samą porę na Mazurka Dąbrowskiego i usiedli kilkanaście rzędów nad nami. Wypatrzyliśmy się, pomachaliśmy i wróciliśmy do kibicowania. W przerwie spotkaliśmy się przy barze, gdzie w najdłuższej kolejce świata sprzedawano głównie bardzo niezdrowe kalorie, cukier i sól. Szybkie przytulaki, zakup chipsów i powrót młodzieży na trybuny. Starsi zostali w kolejce jeszcze piętnaście minut i wrócili z ostatnią na stadionie colą (serio, ostatnią!) i porcją nachos, więc końcówka meczu była w trybie „pełen wypas”.

A sam mecz? Szlagierem bym tego nie nazwał, ale wygraliśmy, widzieliśmy dwie bramki i Roberta Lewandowskiego — a to już brzmi jak wieczór prawie idealny. Do domu wróciliśmy przed północą, przebraliśmy się w piżamy, szybko umyliśmy zęby i zasnęliśmy, zanim nasze głowy wylądowały na poduszkach.

Visited 1 times, 1 visit(s) today