Szczepić czy nie szczepić? No jasne, że szczepić! Przynajmniej tak myśleli wszyscy… na początku. Później sprawy się… delikatnie mówiąc… skomplikowały. Jak to zwykle bywa, kiedy człowiek wpadnie na pomysł, że poczyta sobie „trochę w internecie”.
Do moich siedmiu tygodni życia zostało kilka dni i termin szczepień zbliżał się nieubłaganie. Ojciec żył w błogiej nieświadomości – znał datę i wiedział, że szczepić trzeba. I, jak się później okazało, był to idealny poziom wiedzy na ten temat. Gdyby tak zostało, wszyscy bylibyśmy szczęśliwsi. Matka natomiast postanowiła być „świadoma i odpowiedzialna” (lub odwrotnie – odpowiedzialna i świadoma, ale to raczej kwestia semantyki). Zaczęła więc zgłębiać temat w sieci, co w przypadku szczepień jest mniej więcej jak zgłębianie teorii spiskowych o tym, czy Elvis naprawdę umarł. Na szczęście dla nas wszystkich szybko to zgłębianie porzuciła, ponieważ po przeczytaniu kilku artykułów, wpisów na forach i historyjek o skutkach ubocznych, zaczęła poważnie się zastanawiać czy szczepić w ogóle. To było jak przeczytanie recenzji restauracji – po trzech negatywnych opiniach człowiek już woli zostać głodny. Przekazała świeżo nabytą “wiedzę” Ojcu, a ten – na nic nie zważając oraz w poczuciu obowiązku sprawdzenia wszystkiego – rzucił się w wir googlowania, czytania i sprawdzania. Czasem nawet tych trzech rzeczy jednocześnie. Jak się okazało, było to bardzo poważny błąd w stylu: “sprawdzę tylko szybko w internecie, co to za wysypka”. Im więcej czytał, tym mniej wiedział. Im mniej wiedział, tym bardziej czuł, że musi doczytać. Przemierzał fora zwolenników, przeciwników, lekarzy pediatrów, profesorów od rzeczy zupełnie niezwiązanych, ale za to z wyrazistymi poglądami. Po paru dniach porównywał już składy szczepionek – mimo że jego edukacja z chemii zakończyła się w drugiej klasie liceum, czyli mniej więcej tyle lat temu, ile mi jeszcze do tej klasy zostało. Na szczęście nie miał czasu na dokształcanie się, bo pierwsze szczepienie dostałbym pewnie po jego habilitacji w 2044r.
Z odsieczą, niczym husaria pod Wiedniem, przybył dziadek Cz., który akurat przyjechał sprawdzić, czy aby na pewno jego nazwisko przejdzie na następne pokolenie. Dziadek jak to dziadek – przyszedł, zobaczył, czy wnuczek jest na miejscu, a po potwierdzeniu oczywistego usiadł zadowolony przy stole. Wypił dwie kawy, zjadł kawałek sernika, trochę pokonwersował i po jakichś dwóch godzinach już go nie było. Najważniejsze jednak, że w międzyczasie powiedział jasno: szczepić trzeba. Skojarzoną. I kropka. Wtedy Stwórcom – a szczególnie Ojcu – jakby kilka ton spadło z barków. Zostało już tylko wybrać producenta. A więc znowu google, znowu porównania, ale tym razem już bez obłędu – wybór padł na szczepionkę obecną na rynku od czternastu lat. Ta druga miała zaledwie rok. Proste.
W poniedziałek, skoro świt (tak około 9:50 rano), Ojciec wyruszył po szczepionkę jak rycerz na wyprawę krzyżową. Po odwiedzeniu jednej apteki, szybkiej wizycie u lekarza po receptę, odwiedzeniu kolejnej apteki (gdzie było bardzo drogo i poczuł się jak turysta w Wenecji), powrocie do tej pierwszej – szczepionka została w końcu nabyta, seria produkcji sprawdzona i nie pozostawało nic innego, jak tylko jechać i szczepić. W przychodni Ojciec był zestresowany mniej więcej tak samo jak w kulminacyjnych momentach porodu. Matka – oaza spokoju, głównie dlatego, że nie czytała tyle co Ojciec. Wizyta z 11:30 przesunęła się na 12:15, bo po co się spieszyć, skoro i tak wszyscy czekają? Po wizycie w kolejnym gabinecie, w moje udo została wbita strzykawka, roztwór tych wszystkich potencjalnych chorób wstrzyknięty, a ja – zgodnie z protokołem – wydarłem się i rozryczałem jak na porządne niemowlę przystało. Matka szybko mnie utuliła i przystawiła do dystrybutora w celach zarówno uspokajających, jak i gastronomicznych.
Dwa tygodnie później mogę zaraportować: jedyne, co mnie dopadło, to lekkie zamulenie przez dwa dni. Udo – bez śladu. Wniosek? SZCZEPIĆ.
