Dziś nastąpił dzień, którego Stwórcy bali się bardziej niż pierwszej wizyty u dentysty – mój fryzjerski debiut. Moja fryzura zaczynała przypominać czeskiego rockmana z połowy lat osiemdziesiątych (a to, jak wiadomo, nie jest epoka, do której ktokolwiek powinien wracać), mimo że Ojciec regularnie walczył z moją grzywką, używając nożyczek z Ikei i techniki „na oko”. Przypominało to bardziej działania partyzanckie niż profesjonalną fryzjerkę. Efekty? Wyglądałem jak dziecko Jima Carrey’a z Głupiego i Głupszego. Tytuł ten również obrazowo opisuje nieporadne działania Ojca (ale to temat na inny wpis, prawdopodobnie kilkutomowy).
Matka zachowała jednak zimną krew i umówiła mnie do zakładu fryzjerskiego dla takich małych typków jak ja. Stwórcy, jak to oni, do końca nie byli pewni, czy to do na pewno dobry pomysł, ale to był ten moment, gdy zdali sobie sprawę, że DIY nie zawsze jest najlepszą opcją. Ale skoro po podwieczorku wyruszyliśmy na Powstańców Śląskich 63, nie było odwrotu. Na miejscu Ojciec od razu złapał banana, bo tuż obok mojego fryzjera mieścił się drugi „salon”: „Fryzjer Męski u Janusza”. Oczywiście natychmiast zrobił zdjęcie szyldu, bo taka okazja zdarza się raz w życiu. W końcu każdy chce mieć w galerii rodzinnej fotkę z Januszem, prawda? Ja natomiast, choć na początku nastawiony sceptycznie, po krótkim rekonesansie zmieniłem zdanie. Nowe zabawki, kilkoro dzieciaków i dziewczynka w moim wieku z grzywką na przycinaniu, która w ogóle się nie awanturowała. To wszystko w wolnym tłumaczeniu oznaczało dla mnie prawie raj – jak Disneyland, tylko z nożyczkami. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że po kilku minutach błogiej zabawy przyszła do mnie jakaś pani z grzebieniem i nożyczkami i zaczęła mnie zagadywać. Jak ktoś przerywa mi zabawę – nie lubię. Jak ktoś obcy przerywa mi zabawę – nienawidzę. A jak ktoś obcy przerywa mi zabawę i jeszcze udaje, że chce się ze mną zaprzyjaźnić – to już jest osobista obraza majestatu. Zareagowałem więc klasycznie: płacz w niebogłosy, ucieczka i wtulenie w Matkę, jak koala w eukaliptusowe drzewo podczas pożaru buszu. Uspokoiłem się dopiero po kilku minutach, gdy Matka posadziła mnie przy stoliku z wyżej wymienioną koleżanką, podała kolorowanki i narysowała wiatrak. Przy rysowaniu trochę się uspokoiłem (sztuka ma moc terapeutyczną), a Stwórcy cały czas mnie czymś zajmowali, jak animatorzy w hotelu all-inclusive. To zasiadałem w samochodzie, to na skuterze, oglądałem Świnkę Pepę, pokazywałem koła i szalałem z kierownicą. W tle cały czas trwała akcja strzyżenia. Fryzjerka starała się nie wbić mi nożyczek w oko, ja w ramach rewanżu pokazywałem jej nos, usta i brodę. To była prawdziwa sztuka cyrkowa – żonglowanie nożyczkami przy ruchomym celu. Ale największy hit był dopiero pod koniec całego wydarzenia, gdy Pani spryskiwała mi włosy wodą. Wtedy mogłem dumnie ogłosić, że mam na głowie „pamę” i w mojej skromnej (no ba!) opinii byłem już gotowy do występu w reklamie szamponu.
Kilka minut później było po wszystkim. Z fryzury zniknął duch czeskiego rocka, a ja w zamian dostałem styropianowe wielkanocne jajko i dyplom pierwszego strzyżenia, jak prawdziwy absolwent uniwersytetu fryzjerskiego! Z Januszem obok i „pamą” na głowie – dzień zakończył się pełnym sukcesem.
