Co tam Panie w polityce? To pytanie w naszym domu nie jest cytatem z Wyspiańskiego, to raczej codzienna mantra, wypowiadana z taką samą rezygnacją, z jaką pasażerowie Titanica pytali o dostępność szalup. Najwyraźniej w kraju źle się dzieje – obserwacja równie trafna jak stwierdzenie, że woda jest mokra, ale w kontekście polskiej polityki zawsze aktualna. Stwórcy ciągle narzekają na rząd, politykę i kierunek, w którym sprawy zmierzają. Podobno rządzący rozwalają kraj, a wszystkie znaki na niebie wskazują, że będzie coraz gorzej. Stwórcy mówią o tym codziennie, z takim zaangażowaniem, jakby komentowali piłkarski mecz, tylko zamiast bramek mamy kryzysy, zamiast podań ustawy, a zamiast radości publiczność kolektywnie łapie się za głowę. W zeszłym tygodniu uchwalili jakieś ustawy, które podporządkowują sądownictwo politykom, a to nie jest dobre. Wie to nawet taki trzylatek jak ja! Zresztą już dawno się nauczyłem, że gdy Ojciec się zapiekli i krzyczy “Co to za kraj?!”, ja zawsze odpowiadam “Polska”. W związku z powyższym dzisiaj po raz pierwszy w życiu, całą rodziną, wzięliśmy udział w demonstracji antyrządowej. Rodzinny debiut polityczny.
Zaczęło się niewinnie – jak większość rewolucji, zanim ludzie zorientują się, że noszą gilotyny zamiast transparentów. W piękną, słoneczną niedzielę wybraliśmy się na piknik i drugie śniadanie do Łazienek i zaliczyliśmy koncert chopinowski. W końcu nic tak nie przygotowuje człowieka do protestów jak preludium e-moll i kanapka. Później poszliśmy jeszcze na spacer i w drodze powrotnej do samochodu, w zasadzie tuż przed samym parkingiem, minęła nas kolumna samochodów policyjnych.
— A! Dzisiaj jest manifestacja! — przypomniała sobie nagle Matka, w tonie podobnym do tego, w jakim inni przypominają sobie, że zostawili włączone żelazko albo że zapomnieli o rocznicy ślubu. A przecież sam Stuhr zapraszał na 15 pod Sejm. No i zamiast pojechać spokojnie do domu na obiad, ruszyliśmy w kierunku Wiejskiej. Jako że na zegarze nie było nawet 14-tej, udało nam się znaleźć miejsce do parkowania pod teatrem Buffo. I tak oto ruszyliśmy pod Sejm, ostrzeżeni przez koleżankę Matki, aby absolutnie nie dać się policjantom wylegitymować. Szczególnie ja z bratem!
Ludzi było dużo i tłum gęstniał z każdą minutą. Organizatorzy bardzo cieszyli się na nasz widok, a szczególnie mój i Brata. W końcu nie każdy zaczyna karierę polityczną w wieku trzech lat, a co dopiero pięciu miesięcy! Z takim startem prezydent i premier to dla nas plan minimum. Protestowaliśmy dwie godziny, co w przeliczeniu na wiek dziecięcy daje mniej więcej tyle, ile dorosłemu trzy dni na Woodstocku (tym w 1969, nie tym Owsiaka). Ja, jako przedstawiciel pokolenia cyfrowego, oglądałem filmiki na telefonie, kompletnie ignorując upadek demokracji. Brat spał w wózku, demonstrując stoicki spokój godny Buddy. A Stwórcy? Stwórcy przeżywali „obywatelskie uniesienie”. Mamy zdjęcia. Z Wyborczą. I flagą KOD-u. Pełen pakiet. Lewactwo w każdym calu, sort najgorszy — jak powiedziałby ktoś w telewizji.
Na szczęście, albo niestety, nas nie wylegitymowali. Trochę żałuję. W mojej przyszłej autobiografii, gdzieś pomiędzy rozdziałem o odpieluchowaniu a pójściem do przedszkola, wpis „uczestnik manifestacji antyrządowej, spisany przez służby w trzecim roku życia” wyglądałby cholernie dobrze. To jest ten rodzaj ulicznej wiarygodności, której nie kupisz za żadne pieniądze.
