23 views 5 mins 0 comments

MOJE PIERWSZE M.

In 2015
04 grudnia, 2015

Pod koniec listopada, po piętnastu miesiącach pobytu na tej planecie, przeszedłem do nowego etapu w mojej ziemskiej karierze – dostałem własny pokój. Tak, własny, prywatny, osobisty! Okazuje się, że w 34 m² można znaleźć miejsce nie tylko na życie rodzinne, ale i na małe królestwo dla mnie. A że akurat w bloku wymieniali piony CO, Stwórcy stwierdzili: „skoro już mamy kucie i kurz, to dawajmy od razu ściankę działową!”. No i bach – w tydzień zyskałem cztery nowe ściany. Ojciec przy okazji odmalował całe mieszkanie, a ja – jako artysta duszą i flamastrami – nie czekałem długo z własną wersją wykończenia.

Pokój na razie jest w stanie „powijakowym”. Drzwi brak, mebli niewiele, a plany zmieniają się szybciej niż moja mina przy zmianie pieluchy. Pierwotny projekt przetrwał w zasadzie tylko w formie tej jednej, samotnej ścianki. Reszta to nieustanny kalejdoskop pomysłów. Stwórcom cały czas przychodzą do głowy kolejne, jakby ich mózgi działały na zasadzie “ale wiesz co by było fajne…?”. Na szczęście te ich pomysły są całkiem do rzeczy, a wraz z postępującym wymienianiem mebli, całość zaczyna nabierać sensu – jak serial, który zaczyna się chaotycznie, ale potem okazuje się, że scenarzystów jest stać na spójną fabułę. Dzięki nim mam już nowe, mniejsze i znacznie ładniejsze łóżeczko oraz lampkę-gwiazdkę, w której zakochałem się jeszcze podczas jednej z naszych wypraw do Ikei. Kiedy Ojciec ją zamontował, dosłownie oniemiałem z zachwytu. Na całe piętnaście sekund. Mina Ojca – bezcenna. Od dumy przez wzruszenie aż po „ale serio, tylko tyle?!”. Na szczęście szybko się ogarnąłem i od tamtej pory gwiazdka świeci w moim pokoju nie tylko światłem, ale też moim nieustającym zachwytem. Stwórcy przenieśli do mnie również komodę, która ma być zmieniona na większą szafę, ale to nadal pieśń przyszłości – jak większość obietnic politycznych przed wyborami. Podobnie ma się rzecz z dywanem, nowym stolikiem (który na szczęście czeka już na złożenie w piwnicy jak rezerwowy gracz), lampą sufitową i drzwiami oczywiście, które podobno „już niedługo”.

Z całej akcji remontowej najbardziej wkręciło mnie (dosłownie) składanie nowej sofy. Ewidentnie mam geny buildera – i to podwójne: po Ojcu i Dziadku Wiktorze. A że przeszkadzanie w składaniu mebli to definitywnie jedno z moich ulubionych zajęć, „pomagałem” jak mogłem najlepiej. Czyli: wchodziłem do kartonów, pakowałem się do pojemnika na pościel, wyciągałem szuflady i kręciłem śrubami, kiedy tylko nikt nie patrzył. Wspólnymi siłami – cztery ręce dorosłe plus dwie eksperckie moje – złożyliśmy sofę w rekordowym czasie. A potem cała rodzinka mogła się na niej wylegiwać. No i najważniejsze: dzięki nowemu ustawieniu zyskałem kilka dodatkowych metrów podłogi do zabawy. To jak upgrade do klasy business w świecie domowej rozrywki.

Jak widać, idzie to wszystko dość opornie, ale jak mawiają nasi sąsiedzi zza Odry – langsam aber sicher – i tą filozofią kierują się Stwórcy. Ma to oczywiście sens, szczególnie że większość czasu i tak spędzam z nimi w “salonie/sypialni” – pomieszczeniu, które pełni więcej funkcji niż szwajcarski scyzoryk. Mam tylko nadzieję – podobnie jak oni zapewne – że wszystko będzie skończone przed świętami. Wtedy naprawdę będę mógł powiedzieć, że to jest mój pokój, a nie tymczasowa konstrukcja przypominająca plac budowy z łóżeczkiem w środku.

Visited 1 times, 1 visit(s) today