Majówka. Kolejna, a w zasadzie taka sama, jak rok wcześniej. Najpierw dziadkowie w Świniarach, potem Kotlina Kłodzka, zdobywanie szczytów, nawet pokój w tym samym ośrodku co rok wcześniej. Jedyna różnica? Tym razem dołączyć miała rodzina G., więc na trasach miało być głośniej, weselej i z większą szansą na to, że ktoś coś zgubi w połowie drogi. Plan był prosty: piękny, długi weekend. Efekt? No cóż… wyszło jak zawsze.
Zacznijmy od początku, jak na porządny raport przystało. Wyjazd planowany był na środę po lekcjach, ale Stwórcy mieli w tym czasie na głowie tyle, że równie dobrze mogli jeszcze otworzyć własną firmę transportową i zrobić kolejny milion rzeczy. Ostatecznie przesunęli start na czwartek rano — dzięki czemu z Brunem zaliczyliśmy treningi, a oni mogli spokojniej się pakować, co u dało im się z wielkim trudem w okolicach dwudziestej drugiej. U dziadków czekały na nas pyszne pierogi i słodkości moc, a na koniec jeszcze grill. Było bosko.
Po zjedzeniu tego wszystkiego obowiązkowy spacer z babcią i Kibicem plus głaskanie Feli, która niestety była chora i wyglądało na to, że już planuje swoją ostatnią podróż do wielkiej miski z karmą w kocim niebie. W piątek rano — rekord świata. Chwilę po ósmej byliśmy już w drodze do Bielic. Po drodze mijaliśmy miejsca, które powódź w zeszłym roku zmieniła w plan filmowy do katastroficznego filmu: zerwane mosty, poszerzone koryta rzek, a nawet brak wodospadu, przy którym rok wcześniej bawiliśmy się po zejściu z Kowadła.
Na miejscu czekała już na nas ekipa G. i o jedenastej, pełni energii, ruszyliśmy w drogę. Niestety, nikt ze starszyzny nie sprawdził trasy ani nie pobrał mapy na telefon. Zasięg? Oczywiście brak. Została więc papierowa mapa cioci Moniki. I tu wyszło, że umiejętność czytania legendy mapy to jednak rzecz cenna — Ojciec, kierując się tylko kolorem szlaku, skręcił ostro w prawo na żółty. Ten był piękny i wymagający… ale prowadził na Czernicę, a nie na Rudawiec. O tym, że idziemy źle, dowiedzieliśmy się pięć minut przed szczytem, gdy złapaliśmy zasięg i mogliśmy odpalić mapy. Ale nikt nie marudził — trasa była świetna, z ostrymi podejściami, a z wieży widokowej można było ogarnąć wzrokiem cały szlak od Czarnej Góry po Śnieżnik, którym szliśmy rok wcześniej. Bruno, pomimo lęku wysokości, wszedł na samą górę wieży… dwa razy! Duma Stwórców sięgała mniej więcej czubków Himalajów. Znalazła się nawet pieczątka, którą przybiliśmy Stachowi na rękę.
Po zjedzeniu większości zapasów ruszyliśmy z powrotem do Bielic, żeby spróbować wejść jeszcze na Kowadło. Na dole Ojciec zabrał z samochodu batony energetyczne i żwawo ruszyliśmy. Tym razem trasa była jeszcze lepsza niż rok temu, bo chwilę przed szczytem, zamiast skręcić w lewo, jak wskazywał szlak, poszliśmy prosto i wpakowaliśmy się w strome, kamienne podejście. Ekipa była zachwycona. Na szczycie dokończyliśmy resztę słodyczy, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i zeszliśmy już wyznaczoną trasą. Po trzydziestu minutach byliśmy na dole, gotowi na obiad w Puchaczówce. Jak się jednak okazało, to był… koniec naszej majówki. Ale to już zupełnie inna historia…
