25 views 5 mins 0 comments

MAJÓWKA 2017.

In 2017
10 maja, 2017

Majówka w tym roku była trochę dłuższa niż zwykle – zamiast trzech dni trwała trzy tygodnie, jak gdyby ktoś przestawił zegar kosmiczny i zapomniał go odkręcić z powrotem. Ale komu by to przeszkadzało? Narzekać więc nie mogę, wręcz przeciwnie – to jak wygrać w loterii czasu, gdzie główną nagrodą jest wolność od kalendarza i jego tyrańskich reguł.

Cały ten błogi okres spędziliśmy na Mazurach, w krainie tysiąca jezior i nieskończonych możliwości dziecięcych eksploracji. Jak zawsze było fajnie – to takie miejsce, gdzie nawet deszcz wydaje się poetycki, a nudy po prostu nie istnieją w lokalnym słowniku. Dziadkowie wprawdzie po tygodniu pojechali na saksy do Norwegii, ale mnie to w ogóle nie przeszkadzało. Nawet typowa polska pogoda, która nie potrafi się zdecydować, czy chce być latem czy jeszcze wiosną i zmienia się szybciej niż plany polityków w kampanii wyborczej, nie była w stanie zepsuć mojego dobrego nastroju.

Na początek muszę się pochwalić: w końcu mam własny pokój u dziadków. To jak kupno pierwszej nieruchomości, tylko bez kredytu hipotecznego, notariusza i wkurzających formalności. Stwórcy stresowali się organizacją spania jak event managerzy przed wielkim koncertem, ale dziadkowie rozpracowali sprawę w trybie fast-track – zero wahania, robota zrobiona w trzy sekundy. Stare łóżeczko zostało złożone i zarchiwizowane – jak koniec pewnej epoki. Wersalka poleciała na górę i w ten sposób przejąłem stary pokój matki. Przyjazne wrogie przejęcie, można by rzec. Pokój podobał mi się bardziej niż nowy iPhone pod choinką i ku totalnemu zdziwieniu Stwórców, nie zrobiłem awantury związanej z wywłaszczeniem i eksmisją. Okazuje się, że czasem nawet ja potrafię być zaskakująco dojrzały.

W czasie tych trzech tygodni odbyłem swoją pierwszą wycieczkę do biblioteki – miejsca tak legendarnego w mitologii rodzinnej jak Hogwart czy Narnia. Matka obiecywała mi tę wyprawę od mniej więcej roku, jak nie półtora! Ale ciągle było typowe „następnym razem” lub „jak będzie czas”. Normalnie jak polityk przed wyborami – obietnice zawsze aktualne, nigdy nie zrealizowane. W końcu jednak tam dotarłem i mogłem na własne oczy zobaczyć, o co cały ten hałas. Biblioteka okazała się być bardziej magiczna niż przewidywałem: panie obsługujące były miłe i uprzejme jak gospodarze w dobrym hotelu, atmosfera przytulna jak paryska kawiarnia, a wybór książek – imponujący niczym katalog Amazona. Wypożyczyłem sobie dużo nowych książeczek do wieczornego czytania, jak gdybym robił zapasy na nadchodzącą zimę, a powrocie pochwaliłem się wizytą Ojcu:

– Gdzie byłeś synu?

– W bibliotece.

– Super! I jak było?

– Dostałem cukierka! – odparłem bez wahania.

Książki są świetne, ale darmowy cukierek? Czasami życie to proste przyjemności, a nie intelektualne zmagania.

Zacząłem też eksperymentować z różnymi aktywnościami. Najczęściej wiąże się to z niszczeniem, psuciem i rozmontowywaniem różnych przedmiotów na części pierwsze. To jak reverse engineering, tylko bez “engineering”. Oczywiście, niejednokrotnie sam stawałem się ofiarą własnych eksperymentów – zawodowy hazard każdego młodego naukowca-amatora. Któregoś dnia na przykład włożyłem czapkę na oczy i ruszyłem przed siebie niczym ślepy ekstremalny sportowiec. Na rowerze, żeby było ciekawiej. Efekt? Trzy sekundy później na moją drogę wtargnął mur i po nieudanej próbie jego staranowania wywróciłem się i zaniosłem płaczem. Lekcja fizyki numer jeden: nieruchomy obiekt kontra niepowstrzymana siła równa się natychmiastowy wypadek. Stwórcy, rzecz jasna, powtarzali jak zepsuta płyta: „Patrz przed siebie! Patrz przed siebie!”. Ale serio – po co patrzeć na nudną drogę przed sobą, skoro kręcące się koło jest o wiele bardziej fascynujące? 

I tak właśnie zleciały nam te trzy tygodnie – najszybsze trzy tygodnie w historii, jak zawsze dzieje się z naprawdę dobrym czasem.

Visited 1 times, 1 visit(s) today