25 views 8 mins 0 comments

LUBOMIR PO RAZ DRUGI.

In 2024
16 września, 2024

Najpierw mała lekcja z życia: gdy planujesz coś, Wszechświat traktuje to jako osobiste wyzwanie i robi wszystko, żeby plany pokrzyżować. Ten weekend był od dawna zaplanowany, potwierdzony i “przyklepany na moich urodzinach” – co w teorii oznacza, że powinien być nietykalny. Wraz z rodziną G. mieliśmy pojechać w góry i zdobyć Radziejową. Brzmi prosto, prawda? 

Prognozy pogody na weekend każdego kolejnego dnia zmieniały się z “średnio” na “źle”, z “źle” na “okropnie”, a z “okropnie” na “może zostańmy jednak w domu i oglądajmy Netflixa”. Później okazało się, że były największe powodzie od tzw. “powodzi tysiąclecia” z 1997 roku. Więc to nie była nasza paranoja – pogoda chyba naprawdę miała przeciwko nam jakiś osobisty uraz. Postanowiliśmy więc poczekać do piątku z rezerwacją noclegu i decyzją, czy w ogóle gdziekolwiek pojedziemy. Czasami najlepszym działaniem jest jego brak. W piątek wieczorem Rodzice intensywnie rozmyślali i kalkulowali jak matematycy przed startem rakiety. Prognoza na sobotę: deszcz, deszcz, później jeszcze więcej deszczu, a w nocy – dla odmiany – kolejne opady deszczu. Niedziela zapowiadała się jednak pochmurnie, ale sucho. Zapadła decyzja: jedziemy. Bo jak mówi stare górskie przysłowie, które właśnie wymyśliłem: “Lepszy jeden dzień w górach niż dwa dni myślenia o tym, czy w góry pojechać “.

Był tylko jeden mały problem – nie miałem butów górskich. To znaczy, miałem buty, ale nie takie, które nadają się do chodzenia po górach w deszczową pogodę. W takiej sytuacji normalny człowiek by odpuścił, ale my nie jesteśmy normalni. Na szczęście w Salomonie były dobre promocje, w odpowiednim rozmiarze i po krótkich przymiarkach wyszedłem ze sklepu z nową parą. Zdążyliśmy nawet zrobić sobie wieczorne kino (bo jak nie teraz, to kiedy?) i normalnie, po dwudziestej drugiej, poszliśmy spać. Bez stresu, bez panikowania – jak dorośli ludzie.

Poranek przed wyjazdem był jedyny w swoim rodzaju. Skoro i tak miało lać, nie było sensu zrywać się skoro świt i pędzić na złamanie karku. To była jedna z tych rzadkich sytuacji, kiedy lenistwo okazuje się strategią. Stwórcy przed zarezerwowaniem noclegu jeszcze raz sprawdzili prognozę, która na szczęście nie zmieniła się na gorsze (małe zwycięstwo!). Ruszyliśmy więc niespiesznie chwilę po dziesiątej, choć raz jak ludzie na wakacjach, a nie jak uchodźcy przed żywiołem. Na miejsce dotarliśmy (słuchając oczywiście Pottera, bo to już tradycja) chwilę po czternastej. Nasza baza – apartamenty Słoneczny Chełm w Stróży pod Myślenicami – była fantastyczna. Duży TV z Netflixem (podstawa, oczywista oczywistość), zajęliśmy fajniejszą sypialnię (bo po co się ograniczać?), a na koniec wykąpaliśmy się w jacuzzi na tarasie z pięknym widokiem na góry. Zrobiliśmy również małą rozgrzewkę, przechadzając się po okolicy – całkiem ładnej, nawiasem mówiąc.

Pierwotnie mieliśmy zdobyć Radziejową. Po pierwszej rewizji miała być Mogielica. A na koniec wyszedł Lubomir, na którym co prawda już byliśmy, ale nie mieliśmy z niego pieczątki. Trasa zapowiadała się całkiem wyzywająco, ponieważ mieliśmy ruszyć praktycznie spod naszej bazy. Ale plany zmieniły się po raz kolejny, tym razem z powodu braku miejsca parkingowego. Bo oczywiście planujesz wszystko idealnie, a potem okazuje się, że nie ma gdzie postawić samochodu. Podjechaliśmy więc na parking pod Schroniskiem PTTK na Kudłaczach i stamtąd ruszyliśmy czarnym szlakiem na Lubomir. Trasa była bardzo fajna, malownicza, z całkiem ostrymi podejściami (czyli takimi, po których zaczynasz sapać, ale jeszcze nie tracisz woli życia). Do tego spływało wiele strumyków, co bardzo podobało się Brunowi. Dzieciaki i woda – związek na całe życie.

Po dotarciu do skrzyżowania ze szlakiem czerwonym weszliśmy leśną “grań” i spokojnie poczłapaliśmy do szczytu. Szliśmy dwójkami – ja z Matką, której cały czas opowiadałem o mojej nowej książce, którą chcę napisać (bo kiedy lepiej rozmawiać o planach literackich niż podczas takiej wyprawy?). Bruno szedł z Ojcem, planując wyprawę pod Everest Base Camp, łącznie ze wspinaczką w rakach i z czekanem! Ambicje tego dzieciaka nie znają granic, ale jak się zaczyna od Łysicy w wieku trzech i pół lat, to naturalną koleją rzeczy jest Everest. Droga od skrzyżowania do szczytu zajęła nam kilkanaście minut. Tym razem nie było tradycyjnej coli ani batonów… gdyż całkowicie o nich zapomnieliśmy. To był jeden z tych momentów, kiedy myślisz: “Jak można zapomnieć o najważniejszej części wyprawy górskiej?” Na szczęście były jakieś Lindorki i gumisie, więc choć odrobinę tradycji stało się zadość. Nie jest idealnie, ale lepsze to niż nic. Na szczycie przesiedzieliśmy dobre pół godziny. Pogoda była przepiękna, słońce świeciło, od wiatru chroniły nas drzewa – aż nie chciało się wracać! Wracaliśmy tą samą trasą, a ja kontynuowałem opowieści i rozważania o mojej książce. Szybko dotarliśmy do schroniska, które okazało się całkiem fajnym miejscem z wielkim drzewem do wspinania (Bruno był w siódmym niebie) oraz widokiem na przepiękne pagórki z ławki tuż obok. Na koniec zjedliśmy jeszcze żurek (bo po górach trzeba coś konkretnego) i dopiero wtedy ruszyliśmy do auta i do domu. 

Okazało się, że czasami najlepsze wyprawy to te, które są kompletnie inne od zaplanowanych. Chcieliśmy Radziejową, a zdobyliśmy Lubomir (ponownie, ale za to z pieczątką!). Miał być deszcz, a było słońce. Mieliśmy ruszyć z bazy, a pojechaliśmy pod schronisko. I wiecie co? Było świetnie. Bo czasami najlepszą strategią jest po prostu pojechać i zobaczyć, co z tego wyjdzie. A jeśli przy okazji można posiedzieć w jacuzzi z widokiem na góry, to już w ogóle perfekcja.

Visited 1 times, 1 visit(s) today