Smoka wawelskiego niestety nie widzieliśmy. Rynku również. W zasadzie widzieliśmy jedynie smog zjeżdżając z otaczających miasto pagórków. Taki współczesny, miejski smok: nie zieje ogniem, tylko dusi ludzi, a zamiast legendy ma raporty z pomiarów jakości powietrza. Zamiast Sukiennic – wnętrze przychodni na jakimś małym blokowisku, a zamiast Wawelu – bardzo kiepskie wnętrze tajskiej restauracji Big Mango. Jedzenie jednak, w przeciwieństwie do wystroju, okazało się całkiem niezłe. Kolejny dowód na to, że estetyka lokalu nie zawsze koresponduje z jakością kuchni. Czasami najlepiej karmią tam, gdzie zasłony pamiętają czasy Gierka. Stwórcy byli absolutnie zachwyceni spring Rollsami, ja jednak wolałem zadowolić się ryżem, kurczakiem i brakiem surówki – klasyczny repertuar bezpiecznych wyborów – niż jakimiś wynalazkami kulinarnych alchemików, które widziałem pierwszy raz w życiu i których nie mogłem sklasyfikować jako “znane i sprawdzone”. W wieku trzech lat konserwatyzm kulinarny to nie wada, tylko przejaw rozsądku i instynktu samozachowawczego.
Podróż była miła i przyjemna. Zdążyłem pooglądać krajobrazy, zaliczyć drzemkę (bo podróże usypiają jak mało co) i obejrzeć Cars’y, które nigdy się nie nudzą (Pixar wie, co robi). Brat także zachowywał się jak młody podróżnik z folderu reklamowego – głównie podziwiał krajobrazy i ucinał sobie drzemki. Ojciec wybrał boczne trasy – mniej popularne i bardziej malownicze drogi, gdzie ruch jest mniejszy, a widoki ładniejsze. I dzięki temu dojechaliśmy na miejsce dokładnie o piętnastej – precyzja jak w szwajcarskim zegarku, co przy podróży z dwójką małych dzieci graniczy z cudem logistycznym.
Doktor okazał się człowiekiem miłym, rzeczowym i spokojnym. Od razu stwierdził, że z moim małym Bratem jest wszystko absolutnie w porządku – słowa, które brzmiały dla Stwórców jak najpiękniejsza muzyka. Sytuację podsumował po wojskowemu:
– po pierwsze primo – wszystko jest w jak najlepszym porządku, rozwój prawidłowy
– po drugie primo – kask nie jest potrzebny
– po trzecie primo – ultimo – zakładanie go byłoby nadużyciem (słowa doktora zabrzmiały delikatnie, ale stanowczo!)
Po tych słowach ulga Stwórców była tak wyraźna, że można by ją sfotografować. Kamień z serca? Nie, to był głaz wielkości Wawelu. Ciężar spadł z barków tak namacalnie, jakby ktoś zdjął z nich trzy i pół tony troski rodzicielskiej. Te metafory, które zawsze używamy, nagle stały się prawie fizycznie odczuwalne. Niestety nie było nam dane zrobić sobie długiego weekendu w Krakowie. Ojciec musiał wracać do Warszawy – praca, obowiązki, te wszystkie rzeczy, które nie pozwalają na spontaniczność. Po obiedzie ruszyliśmy w drogę powrotną, zostawiając Kraków za sobą jak niedokończony rozdział powieści.
Kraków pozostaje więc do odhaczenia na liście miejsc, które trzeba odwiedzić. Stwórcy mówią, że to jedno z najpiękniejszych miast w Polsce, więc mam nadzieję, że w przyszłym roku wybierzemy się tam całą rodzinką na jakiś długi weekend. I w końcu będziemy mogli zobaczyć smoka wawelskiego nie tylko w postaci smogu.
