To miał być weekend jak marzenie — nie jeden, nie dwa, ale aż pięć powodów do świętowania! Po pierwsze, Ojciec na swoje urodziny zażyczył sobie wspólny rodzinny wypad w góry. Po drugie, Matka właśnie obroniła dyplom, więc była okazja do wielkiej radości. Po trzecie, przypadał Dzień Kobiet, a po czwarte Dzień Mężczyzny — czyli każdy miał powód do świętowania. No i na koniec, po piąte, pogoda zapowiadała się niemal jak latem — słoneczna i ciepła. Nic więc dziwnego, że od razu zabraliśmy się za planowanie, żeby wybrać, który szczyt zdobędziemy.
Wybór padł na Turbacz — piękną górę, która kusiła widokami i fajnymi trasami. Zorganizowaliśmy się naprawdę szybko i już około godziny siedemnastej, w piątkowy wieczór, zaraz po lekcjach i piłce nożnej, ruszyliśmy w drogę do Nowego Targu, gdzie mieliśmy zaplanowany pierwszy nocleg. Droga minęła nam jak z bicza strzelił, bo po zaledwie trzech i pół godzinach byliśmy już na miejscu. Następnego ranka zjedliśmy szybkie śniadanie, spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na parking przy Długiej Polanie. Na miejscu przywitał nas śnieg, lód i zimno, więc ubraliśmy dodatkowe warstwy, które po kilku minutach zdejmowaliśmy, bo temperatura szybko się podnosiła.
Trasa na szczyt Turbacza była mieszana — z jednej strony mogliśmy podziwiać przepiękne panoramy Tatr, a z drugiej szeroką, dość nudną drogę pełną błota i ludzi. Na szczęście pogoda była po prostu wymarzona — świeciło słońce, a my mogliśmy chodzić w krótkich rękawkach. Bez pośpiechu, z przerwami na podziwianie krajobrazów, dotarliśmy do schroniska pod Turbaczem po ponad trzech godzinach. Tam zrobiliśmy ostatni postój, wbiliśmy pieczątki do naszych książeczek i ruszyliśmy na sam szczyt, który był oddalony o zaledwie pięć minut. Nie mogło zabraknąć tam tradycyjnej coli i słodkiej przekąski. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć i chłonęliśmy widoki na Tatry, Beskidy i Babią Górę.
Powrót zaplanowaliśmy żółtym szlakiem i był to znakomity wybór, prawie do samego końca… o czym na końcu! Szlak był bardzo mało uczęszczany, od strony południowej osłonięty drzewami, więc długo szliśmy w prawdziwie zimowych warunkach. Przydały się nawet raczki!
Niestety, pod koniec trasy odkryliśmy, że żółty szlak kończy się około półtora kilometra wcześniej niż zielony, przy którym mieliśmy zaparkowany samochód. Byliśmy już zmęczeni po prawie 28 tysiącach kroków, więc była to bardzo niemiła niespodzianka. Mimo wszystko daliśmy radę i na koniec dnia jeszcze znaleźliśmy siły, żeby pobawić się na zamarzniętym strumyku przy aucie. Za taki wspaniały dzień nagrodziliśmy się ciepłym obiadem w Karczmie u Borzanka.
Drugiego dnia nocowaliśmy w Krościenku, które było o pół godziny drogi dalej. Wieczór spędziliśmy spokojnie, szybko poszliśmy spać, żeby mieć siły na kolejny dzień pełen atrakcji. Rano zwiedziliśmy tamę na Zbiorniku Czorsztyńskim oraz Zamek Niedzica — miejsca pełne historii i pięknych widoków. Następnie wróciliśmy w Gorce na atrakcję dnia — Bramę w Gorce, czyli spacer w koronach drzew. To było coś niesamowitego! Trasa była świetnie przygotowana, a po drodze czekały na nas różne wyzwania: przechodzenie po linowej kratce, równoważnia ze szklaną podłogą, a to wszystko na wysokościach sięgających nawet 40 metrów! Czas minął nam tam bardzo, ale to bardzo szybko
Po tak emocjonującym dniu pojechaliśmy na zasłużony góralski obiad, a potem utknęliśmy w korku na Zakopiance, przez co do domu dotarliśmy bardzo późno. W końcu, po szybkim przebraniu się w piżamy, wszyscy padliśmy ze zmęczenia i od razu poszliśmy spać.
