35 views 10 mins 0 comments

KORONA GÓR NR 22 – BABIA GÓRA.

In 2024
01 października, 2024

Babia Góra, czyli jak Bruno zniszczył nasze górskie plany, ale w najlepszy możliwy sposób. Opowiem Wam o tym, jak nasze starannie przemyślane plany górskie legły w gruzach z powodu jednego dzieciaka i jednego filmu na YouTube. I nie, to nie będzie jedna z tych historii, gdzie wszystko idzie zgodnie z planem, bo takie historie są mniej więcej tak ciekawe jak instrukcja obsługi odkurzacza. 

Mieliśmy plan. Dobry, rozsądny plan. Zostało nam już bardzo niewiele szczytów w Koronie Gór Polski do zdobycia, więc strategia była prosta: zostawić te wyższe i trudniejsze na koniec, a skoncentrować się na łatwiejszych i nudniejszych – Mogielica, Radziejowa, tego typu spokojne szczyty. I wtedy Ojciec popełnił błąd. Klasyczny błąd rodzica, który myśli, że może sobie spokojnie obejrzeć coś w internecie, gdy dziecko teoretycznie już śpi. Zaczął oglądać wejście na Babią Górę przez Perć Akademików – ten odcinek ze skałami, drabinami, łańcuchami i wszystkimi tymi rzeczami, które sprawiają, że normalni ludzie myślą “może jednak nie”. Nagłe pojawienie się Bruna za plecami Ojca (dzieciak powinien dawno chrapać, ale najwyraźniej ma wbudowany radar na przygody) było przysłowiowym gwoździem do trumny naszych rozsądnych planów. Nie dało się go wyprosić z powrotem do łóżka, a gdy na filmie pojawiły się skały i łańcuchy, było po wszystkim. “Jedziemy na Babią!” krzyknął. I nie, nie było to pytanie. Jedyne, co mogło jeszcze uratować nasze rozsądne plany, to kiepska pogoda. Ale nie – na babiej Górze, która słynie z okropnej pogody – prognoza była świetna, bez opadów. Pogoda również spiskowała przeciwko rozsądnym planom. 

Tak więc w piątek po południu zostaliśmy odebrani od razu po zakończeniu moich lekcji i około siedemnastej ruszyliśmy w kierunku Zawoi. Pogoda w trasie była paskudna, im dalej na południe, tym bardziej lało. Normalnie jak Frodo do Mordoru! Na szczęście towarzyszył nam stary dobry Potter (audiobook, nie czarodziej, chociaż czasami różnica jest niewielka), więc jakoś wytrzymaliśmy. Rano zjedliśmy szybkie śniadanko i ruszyliśmy do wsi Marki, gdzie zaczynał się zielony szlak prowadzący do Schroniska PTTK na Markowych Szczawinach. Pierwsze kilkaset metrów to była szeroka leśna droga – czyli coś, co nawet ja mogłem przejść bez sapania. Ale potem szlak skręcił ostro w lewo i zaczęła się prawdziwa zabawa. Las był piękny, szlak całkiem znośny, a strumień szumiał jak soundtrack do filmu o naturze. Po minięciu go mostem, zaczęły się porządne podejścia i w końcu musieliśmy włożyć w wejście trochę więcej wysiłku. Tak doszliśmy do schroniska, gdzie skonsumowaliśmy co nieco i długo nie czekając, ruszyliśmy dalej, tym razem szlakiem żółto-niebieskim. Trasa była płaska, lekka i przyjemna aż do Skrętu Ratowników. Tutaj odbiliśmy w prawo i żółtym szlakiem zaczęliśmy ostre podejście. Teraz czekało nas prawie pięćset metrów przewyższenia na odcinku tysiąca ośmiuset metrów – czytaj – to co lubimy najbardziej! Trasa była przepiękna. Wiła się lasem ze stromymi zboczami po obu stronach, a gdy las ustąpił krzakom, otworzyły się widoki, które sprawiały, że można zapomnieć o tym, jak bardzo cię bolą nogi. Bruno, który od samego początku wycieczki pędził jak przecinak, teraz jakby wrzucił drugi bieg. Ledwo za nim nadążaliśmy! Gdy dotarliśmy do odcinka z łańcuchami i poręczami (tego, który był powodem całego tego wypadu), pomimo wcześniejszych całkiem głośno wypowiadanych obaw, bez zastanowienia ruszył w górę, prosząc tylko Ojca o asekurację. Wejście po skałach bardzo się wszystkim podobało (no może z wyjątkiem Matki) i byliśmy bardzo nieszczęśliwi, gdy już się skończyło. Takie zdobywanie gór podoba nam się zdecydowanie najbardziej. Po tym pięknym odcinku wspinaczkowym, pozostało jeszcze kilkanaście minut średnio ostrego podejścia, ale za to bardzo widokowego. Na szczycie było tłoczno jak na dworcu w godzinach szczytu! Zrobiliśmy tradycyjnego selfiacza, skonsumowaliśmy trochę żelków i musieliśmy szybko się doubierać. Babia Góra pokazywała swoją reputację, bo zrobiło się wietrznie, słońce schowało się za chmurami i temperatura gwałtownie spadała. Opatuleni we wszystkie warstwy jakie posiadaliśmy ((wyglądaliśmy jak ludzik Michelin) szybko ruszyliśmy w stronę schroniska, tym razem czerwonym szlakiem. Trasa była przepiękna. Po lewej widok na Tatry, po prawej na wzgórki i pagórki, a szlak wił się niczym wąż aż do szczytu Małej Babiej Góry, na którą niestety nie weszliśmy. Stwórcy z zachwytem na twarzach jednogłośnie stwierdzili, że trasa wygląda prawie jak Czerwone Wierchy w Tatrach. W schronisku trochę odpoczęliśmy i zjedliśmy resztę zapasów, po czym ruszyliśmy dalej w dół. Ostatnie kilkaset metrów przed parkingiem Stwórcy szli odrobinę zestresowani, bo dwa razy usłyszeliśmy dziwne ryki. Przy samochodzie okazało się, że w okolicy można spotkać niedźwiedzie! 

Po tak udanym dniu zapadła jednogłośna decyzja, żeby zostać w okolicy na jeszcze jedną noc i w niedzielę zrobić sobie kolejną wycieczkę na Babią, tym razem klasyczną trasą od Przełęczy Krowiarki. Trasą tą mieliśmy dzisiaj schodzić ze szczytu, ale ze względu na warunki pogodowe odpuściliśmy. Zabukowaliśmy mały domek w ośrodku Dom Pracy Twórczej PAU Zawoja i tam spędziliśmy wieczór na zabawach i oglądaniu bajek, tym razem Lego Dreamzzz. Zdążyliśmy też narysować Stwórcom laurki z okazji ich trzynastej rocznicy kawy, co bardzo ich wzruszyło! Rano znowu trochę zabawy i trochę bajek, po czym niespiesznie zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na Przełęcz Krowiarki. Doszliśmy tylko do Sokolicy, z której rozciągał się piękny widok na białą jak mleko mgłę. Żeby nie iść znowu tą samą drogą, skręciliśmy na zielony szlak prowadzący w dół do niebieskiego, ale w połowie drogi Ojciec znowu usłyszał jakieś ryki, więc szybko zawróciliśmy i na turbo doładowaniu wróciliśmy do góry na bardziej zaludniony szlak. Nie bardzo chcieliśmy spotkać Niedźwiedzia sam na sam. Później okazało się, że to jelenie wydawały te dźwięki – to był ich sezon godowy. Ale ostrożności nigdy za wiele! 

Zamiast zrobić pętlę, wróciliśmy więc do auta tym samym czerwonym szlakiem i ruszyliśmy do domu, zahaczając po drodze o Karczmę Zbójnicką, gdzie skonsumowaliśmy gigantyczne schabowe. Trasa minęła dość szybko, dojechaliśmy przed dziewiętnastą, więc mieliśmy jeszcze dużo czasu na zabawę, a Stwórcy na ogarnięcie walizek i tobołków. Morał z tej opowieści? Czasami najlepsze plany to te, które zostają zniszczone przez dziecko oglądające filmy o nieprzyzwoitej. Bruno udowodnił, że ma rację – Babia Góra była świetna, a my mamy kolejne wspomnienia i zdjęcia do pokazywania znajomym, którzy będą udawać, że są zainteresowani naszymi górskimi przygodami.

Visited 4 times, 1 visit(s) today