Po dwudziestu kilometrach poprzedniego dnia, musieliśmy zregenerować siły, jak zespół po trasie koncertowej – dużo wody, dużo snu i zero ambitnych planów. Najpierw zwiedzanko, a dopiero potem góra. I to nie byle jakie zwiedzanko, tylko kopalnia złota w Złotym Stoku. Brzmi dobrze, prawda? Rano nie spieszyliśmy się wcale. Stwórcy pili kawę na balkonie, my zdążyliśmy się wyszaleć, a słońce grzało jakby chciało powiedzieć: „Dziś będzie dzień jak złoto”. I miało rację.
Kopalnia okazała się atrakcją na poziomie europejskim, nie polskim “jakoś tam będzie”. Zaczęliśmy od średniowiecznej osady górniczej, gdzie mogliśmy używać różnych maszyn i płukać złoto jak starzy poszukiwacze z Kalifornii. Bruno przy płukaniu skałek skupiony był jak Sherlock Holmes nad zagadką – w końcu każda grudka mogła być na wagę złota. Kilka nawet znaleźliśmy, więc – uwaga – jesteśmy już praktycznie milionerami. Potem szybka przekąska i zejście pod ziemię. Było trochę tajemniczo, trochę mroczno, a najbardziej emocjonujący okazał się powrót na powierzchnię starą kolejką, jak Indiana Jones, tylko bez goniącej nas wielkiej kuli. Bruno oczywiście był wniebowzięty jak dziecko w Disneylandzie. Po zwiedzaniu przyszedł czas na nieodzowny element każdego dnia – lody. W Lądku Zdrój, w starej Kawiarni Wiedeńskiej. Każdy dostał po dwie gałki (bo przecież regeneracja to rzecz święta) i z takim ekwipunkiem spacerowaliśmy przez park, jak bohaterowie z romansu Jane Austen, tylko w krótkich spodenkach. Teraz Kowadło. Trasa miała być lekka i przyjemna – godzinka tam i z powrotem. Początek rzeczywiście sielanka: szeroka leśna droga wzdłuż rzeki. Ale im dalej, tym ciekawiej. Skręt w lewo w las jak wejście do Narnii – nagle świat stał się inny. Po kolejnym skręcie, tym razem w prawo, zapach igliwia uderzył nas jak perfumy od Matki Natury, a światło przebijajało się przez gałęzie, jak na najpiękniejszych obrazach. Każdy krok był jak kolejna strona dobrej książki – chciało się iść dalej, żeby zobaczyć, co się wydarzy. Atak szczytowy przypominał Lackową i Waligórę – czyli był jak powrót do ulubionej gry, gdzie znasz wszystkie sztuczki, ale i tak się bawisz świetnie. Wspinaliśmy się jak małe kozy górskie po podwójnym espresso. Na szczycie tradycyjne zdjęcie i pieczątki – rytuały święte jak poranna kawa. Potem zejście i moment, kiedy Matka rzuciła: “A może by tak kilka kroków wzdłuż rzeki?” Kilkanaście metrów dalej był wodospad jak z pocztówki, którą kupisz w sklepie z pamiątkami, ale tym razem była prawdziwa. Dzieci natychmiast zaczęły bombardować go kamieniami, a Stwórcy mogli kontemplować jak turyści w Luwrze przed “Moną Lisą” – tylko że tutaj nikt nie syczał “cicho”.
Dzień zakończyliśmy w Puchaczówce, gdzie jedzenie było tak dobre, że nawet deser się już nie zmieścił. Cola smakowała jak ambrozja, a brzuchy pękały ze szczęścia. A Bruno? Na koniec stwierdził, że do hotelu, zamiast jechać autem, pobiegnie. I pobiegł szalony, jak Forrest Gump.
