Tegoroczna majówka była jak dobrze zaplanowany serial – cztery szczyty w koronie, odwiedziny u dziadków, nowe odkrycia w górach, a do samochodu laliśmy tylko diesla i nie zaliczyliśmy żadnych gwoździ (czytaj obyło się bez wzywani pomocy drogowej). Ale, jak to w każdym serialu, zacznijmy od pilota, czyli od końcówki kwietnia.
Start nastąpił we wtorek. Matka zamknęła laptopa i ruszyliśmy w drogę, po drodze zabierając Ojca z Domasławia, który właśnie kończył swoją misję „Ratowanie świata zamiast wujka Radka”. Już razem pojechaliśmy w stronę Świniar. Po drodze atmosfera jak w filmie akcji: stoper odlicza czas, bo przecież trzeba zdążyć na półfinał Ligi Mistrzów. Mecz: Real – Bayern. Gdybyśmy się spóźnili, cała majówka straciłaby sens. Zdążyliśmy. O 21:00 siedzieliśmy czyści, najedzeni i gotowi na spektakl. No dobrze, gotowa była tylko męska część ekipy – reszta raczej udawała zainteresowanie. Mecz? Petarda. Cztery bramki, emocje jak w finale „Incepcji”.
Środa była zupełnie inna – dzień totalnego rozluźnienia. Bajki, piłka, grill i wafle toffi z Nowego Sącza, które smakowały jak wynalazek wart co najmniej Nobla z chemii, a może nawet pokojowego. Był też tradycyjny spacer z Babcią i Kibicem. Kibic jak zwykle wyglądał, jakby miał wbudowany silnik elektryczny i GPS skierowane na każdy ciekawy zapach w promieniu pięciu kilometrów, podczas gdy my dopiero zwlekliśmy się z kanapy i zastanawialiśmy, czy pięćdziesiąt metrów to już nie za długi spacer. Wieczorem drugi półfinał: PSG kontra Borussia. Poziom gry taki, że bardziej przypominał odcinek “M jak miłość” niż Ligę Mistrzów – dużo biegania, mało sensu, wszyscy robią miny, jakby coś ważnego się działo, ale widzowie nie są do końca pewni co. Ale obejrzeliśmy, bo tak każe święta tradycja futbolowa. Do łóżek trafiliśmy po 23:00, co w naszym świecie równa się brawurowemu łamaniu prawa.
Czwartek – dzień górski. Plan: Jagodna. Niby łatwa, niby szybka, „na rozgrzewkę”. W praktyce: spacer szeroką drogą, z której równie dobrze mogłaby korzystać ciężarówka z dostawą mebli. Zero wspinaczki, zero adrenaliny. Nawet Bruno narzekał, że nudniej niż podczas kazania o znaczeniu pokory w życiu chrześcijanina, a to już jest naprawdę mocna recenzja. Po godzinie spaceru (który technicznie można nazwać “wędrówką górską” tylko w bardzo liberalnej interpretacji terminu) byliśmy przy wieży widokowej. Wspięliśmy się na nią z Matką, pokiwaliśmy głowami w kierunku panoramy (“o, góry, kto by się spodziewał w górach”), pokręciliśmy się przez chwilę, próbując wyglądać na zachwyconych widokami, zeszliśmy i koniec przygody. Schronisko? Pieczątka, siku, papa. Cała wizyta trwała krócej niż odcinek “Friendsów”.
Na szczęście wieczorem czekała na nas Sienna – nasza baza wypadowa na kolejne dni. Obiadokolacja została pożarta w tempie olimpijskim, kino rodzinne odhaczone, a sen… sen długo nie chciał przyjść. Trochę jakby wiedział, że prawdziwa majówkowa akcja dopiero się zacznie i nie chciał nam psuć oczekiwania.
