13 views 5 mins 0 comments

KONWERSACJE RODZINNE.

In 2017
18 marca, 2017

Ostatnio moje rozmowy ze Stwórcami weszły na poziom, który mógłby rywalizować z Twin Peaks, gdyby Lynch nakręcił odcinek o dzieciach i pieluchach. Moje postrzeganie świata, nieszablonowe myślenie oraz szybkie i celne komentarze, często doprowadzają ich do łez ze śmiechu. Potrafię podejść do jednego z nich i chcąc przyciągnąć uwagę proponuję niewinne “pogadamy?”. Oczywiście większość tego gadania jest w ich wykonaniu, ale kogo by to obchodziło.

Pojechaliśmy ostatnio na pizzę – do jednej z tych restauracji, które wyglądają, jak gdyby projektował je architekt z obsesją na punkcie czerwonych cegieł i plastikowych roślin. Pizza średnio mi smakowała (szef kuchni chyba uczył się gotowania z YouTube’a), o gnocchi nawet nie wspominając – to była porażka kulinarna na poziomie kolacji w brytyjskim pubie w latach 70. Po obiedzie coś nie można mnie było dobrze usadowić w foteliku, więc Ojciec ciągle próbował mnie przesunąć, posunąć, podnieść, opuścić i w ogóle – jak gdyby próbował rozwiązać łamigłówkę Rubika, tyle że ja byłem tą łamigłówką i nie miałem ochoty być rozwiązywany. W końcu nie wytrzymałem i krzyknąłem donośnie “Jest git!” – co wzbudziło salwę śmiechu i zakończyło nieudolne próby umieszczenia mnie w odpowiedniej pozycji.

Kilka dni później miały miejsce moje pierwsze zaawansowane negocjacje – na poziomie trudniejszym niż pokojowe rozmowy w Camp David. Zwykle negocjuję poprzez płacz, złość i wymuszanie – klasyczne metody znane już od czasów Attyli Huna, ale tym razem pozwoliłem sobie na odrobinę wyrafinowania, jakbym był dyplomatą z Oxfordu, który właśnie skończył kurs “Jak wygrać przyjaciół i wpływać na ludzi” Dale’a Carnegie. Bardzo chciałem, aby Ojciec przewiózł mnie naszym niebieskim stolikiem na kółkach – małym Ferrari wśród mebli dziecięcych – a on uparcie próbował mnie zmusić do zjedzenia ostatniej kanapki na kolację. Po kilku próbach klasycznego wymuszania, które niestety nie zadziałały (najwidoczniej moje umiejętności szantażu wymagają jeszcze pracy), zaproponował, że mnie przewiezie, jeśli zjem kanapkę. Na tę propozycję przystać nie mogłem – to byłaby kapitulacja gorsza niż Francji w 1940 roku. Moja mistrzowska riposta brzmiała po prostu: “Pół kanapki?” – dwa słowa, które mogłyby pochodzić z tekstów najlepszych scenarzystów Holywood. Po niezbyt udanej próbie powstrzymania śmiechu umowa została zawarta, kanapka zjedzona (cała!) i przejazd z salonu do mojego pokoju i z powrotem wykonany.

Podciągnąłem się też w geografii – dyscypliny, która wcześniej była dla mnie tajemnicza jak plany obronne NATO. Wcześniej znałem już kilka krajów i stolic, głównie tych, w których byłem albo ja, albo ktoś z rodziny bliższej i dalszej. Jednak ostatnio przeszedłem szkolenie z Matką i utrwalenie z babcią – intensywny kurs godny National Geographic, tylko bardziej domowy i z przekąskami. Teraz nie dość, że jestem w stanie wymienić nazwy stolic i miast w połowie Europy, to jeszcze do tego mówię, w jakim państwie te miasta się znajdują. I nie mówię tu tylko o słynnych i zwiedzonych Berlinie (gdzie mur już nie istnieje, ale kebaby nadal są) czy Londynie (gdzie pada deszcz i jest Big Ben), ale o Bukareszcie (stolica kraju, gdzie mieszka Dracula czy Turynie (nie tylko Fiat!).

Znam też kilka adresów – stary, nowy, Babci, Cioci Wandzi – więcej niż GPS w samochodzie Ojca. Jeśli tak dalej pójdzie, Google Maps pójdą w odstawkę jak papierowe mapy po wynalezieniu nawigacji satelitarnej, a ja będę lokalnym żywym atlasem, który zna każdy zakręt i każdą drogę, nawet te, których nie ma na mapach.

Visited 1 times, 1 visit(s) today