W związku z planowanym niedługo powiększeniem się naszej rodziny o kolejnego członka, dosłownie i w przenośni, Stwórcy od dłuższego czasu czynili przeróżne przygotowania, jakby układali plan inwazji na Normandię. Ostatnim etapem tych działań była zmiana mieszkania na większe i przede wszystkim z windą. Lub też na parterze z ogródkiem, co jednak było marzeniem równie realnym jak widok na fiordy z centrum Radomia, ale cóż, człowiek może marzyć.
Poszukiwania nowego lokum trwały długo i przypominały pogoń za jednorożcem w miejskiej dżungli. Budżet mieli skromny, co w Warszawie oznaczało mniej więcej tyle ofert, co palm na Syberii. Oglądali więc kolejne mieszkania z tą samą mieszanką desperacji i nadziei, z jaką archeolodzy odkopują ruinę w nadziei na złoty posążek, a znajdują kolejny fragment muru. W końcu zdecydowali się na okolice Lasu Bródnowskiego – nazwa brzmiąca jak tytuł zapomnianej baśni Andersena, tylko z mniejszą ilością elfów i większą ilością bloków z wielkiej płyty dookoła. Dwa razy już byliśmy prawie pewni przeprowadzki, ale po dopięciu szczegółów wychodziło, że coś jest nie tak. Albo za drogo, albo za dużo dodatkowych opłat, czyli za drogo. Presja rosła szybciej niż ceny ropy w latach siedemdziesiątych. Zbliżające się Święta wcale nie przynosiły spokoju – raczej przypominały wigilijną kolację u teściów, z którymi dzieli nas wszystko, począwszy od polityki, a skończywszy na tym, co należy dodawać do barszczu. I wtedy, kilka dni przed Bożym Narodzeniem, pojawiło się mieszkanie przy Parku Szczęśliwickim, w bardzo przystępnej cenie. W kontekście warszawskiego rynku nieruchomości brzmi jak “bardzo tani Rolex”, czyli prawdopodobnie coś jest na rzeczy. Stwórcy już dawno zerkali w tę okolicę (zwykle kończyło się to podziwianiem cen przypominających aukcję w Sotheby’s), tym razem nie czekali ani chwili. Zareagowali szybciej niż maklerzy podczas krachu giełdowego i umówili spotkanie. Wieczorem pojechaliśmy wszyscy sprawdzić, co w trawie piszczy. Na miejscu okazało się, że mieszkanie jest naprawdę przyjemne. Ja natomiast byłem absolutnie zachwycony możliwością biegania w kółko między kuchnią a salonem – układ przestrzenny równie funkcjonalny jak tor Formuły 1, tylko z mniejszym ryzykiem wypadku. Po dziesięciu minutach rozmyślania w samochodzie – czasie wystarczającym na podjęcie decyzji o małżeństwie w Las Vegas, ale niewystarczającym na przeczytanie regulaminu najmu – zapadła decyzja: bierzemy! To była spontaniczność na poziomie oświadczyn na koncercie Coldplay. Ale życie to nie podręcznik „Analizy finansowej inwestycji długoterminowych”, tylko bardziej Pretty Woman: czasem po prostu skaczesz w nieznane. Szczególnie gdy alternatywą jest dalsze szukanie mieszkania z windą w cenie kawalerki bez okien.
Wszystko miało się wyjaśnić jeszcze przed Świętami – ambitny plan równie naiwny jak postanowienie noworoczne, że w tym roku będziesz biegać trzy razy w tygodniu. Od stycznia mieliśmy już tam mieszkać, urządzeni, wypakowani i z zapasem świec zapachowych – ale oczywiście wyszło jak zawsze. Firma zarządzająca mieszkaniem nie zadzwoniła. Pan, który tam mieszkał, również milczał jak świadek koronny w kiepskim filmie gangsterskim. Dopiero po naszym powrocie do Warszawy, Pan obecny najemca łaskawie się odezwał, pytając, czy wszystko załatwione – co brzmiało mniej więcej tak wiarygodnie, jak zapewnienia Brytyjczyków w Monachium w 1938, że „to już na pewno ostatnie żądania Hitlera”. Dla Stwórców to był jasny sygnał: z tego mieszkania będą nici. Zabrali się więc za dalsze poszukiwania – tym razem z energią godną kartografów Magellana – i szybko znaleźli bardzo fajne lokum przy Lesie Bródnowskim. Jakby na złość, w tym samym momencie firma zarządzająca ze Szczęśliwic nagle przypomniała sobie o naszym istnieniu. I tak oto w ułamku chwili przeszliśmy od absolutnego zera do luksusowego problemu dwóch mieszkań – każde ze swoimi wadami i zaletami. Stwórcy dostali łamigłówkę godną Kodu Leonarda da Vinci, tylko z mniejszą ilością tajnych stowarzyszeń i większą liczbą półek w szafach. Nastąpiło kilka intensywnych sesji debaty – niczym posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ, tylko z większą ilością kawy i mniejszą dyplomatyczną etykietą. Argumenty przelatywały nad stołem jak samoloty w bitwie o Anglię: odległość do lasu, parków, sklepów i piekarni, liczba schodów na piętro (ważna niczym artykuły w konstytucji), pojemność szaf, a nawet kolor ścian – ten ostatni rozważany z powagą godną renesansowych mecenasów sztuki. W końcu zwyciężyła miejska wygoda i padło na Włodarzewską. Stwórcy grzecznie podziękowali Pani z Targówka i wieczorem Ojciec pojechał podpisać papiery.
I tak oto rozpoczęła się operacja „Przeprowadzka” – wydarzenie logistycznie zbliżone do lądowania w wymienionej na początku Normandii, tyle że z większą ilością pudeł z Ikei i mniejszą liczbą okrętów wojennych.
