19 views 5 mins 0 comments

KINO.

In 2017
03 sierpnia, 2017

Dziś, szanowni Państwo, nastąpił moment przełomowy, coś na miarę pierwszego lądowania człowieka na Księżycu, ale bardziej emocjonalnie angażującego. Mój osobisty debiut w świątyni X Muzy. Wyjazd ten był planowany z wyprzedzeniem godnym ofensywy w Ardenach, jednak ostatecznie wylądowaliśmy na seansie, który w terminologii kinowej nazywa się ostatnim tchnieniem dystrybutora. 

Od miesięcy żyłem zapowiedziami kolejnej części Aut. W moim świecie to nie jest po prostu „bajka”. To “Star Wars” motoryzacji, to “Ojciec Chrzestny” animacji. Jedyna słuszna bajka. Koniec. Kropka. Nie mogłem przepuścić takiej okazji, choć, żeby marzenie się spełniło, musiałem poczekać na kuzynów, którzy mieli przyjechać do Polski na wakacje. Ustaliliśmy – w porywie rodzinnej solidarności, której nie powstydziliby się Don Corleone – że pójdziemy wszyscy razem. Moja chęć obejrzenia filmu wcześniej była wielka, niczym ambicje Napoleona, ale musiałem ją stłumić i czekać prawie do końca lipca. Czysty stoicyzm.

Kiedy w końcu dotarliśmy na Mazury – krainę tysiąca jezior i miliona komarów – okazało się, że harmonogram naszej rodziny jest bardziej napięty niż grafik Rolling Stonesów w trasie koncertowej. Fryzjerzy, dentyści i inne wynalazki cywilizacji, które odciągają ludzi od tego, co w życiu ważne – czyli filmów o samochodach z wielkimi oczami. Po analizie kalendarza przypominającej obliczanie trajektorii lotu na Marsa, okazało się, że jedyny wolny termin to czwartek. I że w ten czwartek grają jeden, jedyny, wczesny seans Aut 3. Ostatni. Dosłownie. Decyzja zapadła błyskawicznie. Jedziemy. Ja, kuzyni, Ojciec i wujek Michał. Męska wyprawa! W Olsztynie – „metropolii”, która w moich oczach urosła do rangi polskiego Hollywood – odebraliśmy nowe paszporty chłopaków, a potem zaliczyliśmy KFC na śniadanie. Tak, smażony kurczak o poranku. Dietetycy pewnie dostaliby zawału, ale dla nas to był smak wolności i cholesterolu. Prawdziwe śniadanie mistrzów.

W kinie od razu mi się spodobało. Było dokładnie tak, jak Stwórcy opowiadali. Ekran wielki jak panorama z Bitwy pod Grunwaldem, nagłośnienie jak grzmoty Zeusa, tylko reklamy dłuższe niż wojna trzydziestoletnia. Po piętnastej minucie zacząłem pytać: „Gdzie jest McQueen?” tonem, w jakim fani pytają, kiedy wreszcie wyjdzie nowy iPhone (za rok, jak zawsze!). Ojciec uspokajał, że już niedługo. Wytrzymałem. Aż wreszcie zrobiło się ciemno, ekran się powiększył (magia!), muzyka uderzyła z siłą Niagary i pojawił się ON. Zygzak McQueen. Czas zagiął się w czasoprzestrzeni. Teoretycznie film trwał półtorej godziny, ale dla mnie minął w sekundę. No, może w dwie. Oczywiście w ciągu tych jakże długich dwóch sekund odbyła się orgia konsumpcji: popcorn, kanapki, słodycze. Byłem zachwycony. Wszystko wskazywało na to, że życie osiąga właśnie swój absolutny szczyt. Ale, jak uczy nas historia sztuki, od greckich tragedii zaczynając, wszystko co dobre, kończy się nagle i brutalnie. Zapalili światło. Napisy końcowe. Koniec. Jedyne, o czym marzyłem, to wejść tam z powrotem i obejrzeć jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Zrobić niekończący się Dzień Świstaka. Kiedy Ojciec – ten niszczyciel marzeń – powiedział, że to niemożliwe, dałem koncert. Oj, nie pamiętam, kiedy ostatnio dałem taki występ! Była to aria na jeden głos chłopięcy, pełna bólu i niezgody na rzeczywistość Na szczęście, jak to w show-biznesie, obiecano mi nagrodę pocieszenia: Auta na tablecie w drodze powrotnej. Niestety, zostałem brutalnie oszukany przez własną fizjologię. Zanim zdążyłem cokolwiek obejrzeć, zasnąłem. Obudziłem się dopiero w Szczytnie. 

Mój debiut w kinie należy uznać za wyjątkowo udany. Pół godziny reklam (tortura), półtorej godziny filmu (ekstaza), trochę popcornu i kanapek (obżarstwo). Całość: najlepszy poranek w dziejach poranków. Mam nadzieję, że niedługo będę mógł znowu się wybrać. Niech tylko zrobią Auta 4. Czekam z niecierpliwością, z jaką świat czekał na powrót Star Wars! A może nawet większą.

Visited 3 times, 1 visit(s) today