Ostatni tydzień wakacji spędziliśmy na malowniczych wyspach Gili. Z samego rana spakowaliśmy wszystkie manatki, zostawiając ciężkie walizki w przechowalni, a zabierając jedynie bagaże podręczne. Przed odpłynięciem z Padang Bai zdążyliśmy jeszcze odwiedzić Blue Lagoon Beach. Mogłaby być to prawdziwa perełka, ale niestety, mnóstwo śmieci na brzegu i w wodzie mocno popsuło klimat. Mimo to, nie mogliśmy odmówić sobie krótkiego snorkelingu — trochę kolorowych rybek i duże fale zawsze poprawiają humor, choć przyjemność była raczej umiarkowana. Bez większego żalu ruszyliśmy więc do portu. Podróż statkiem była w miarę komfortowa, choć momentami trochę nas bujało. Po przypłynięciu do Gili Trawangan szybko zrzuciliśmy bagaże i wyruszyliśmy na poszukiwanie czegoś do jedzenia. Ku naszej uciesze, tym razem padło na pizzę i pastę — prawdziwy raj i powrót do „normalnego” jedzenia po tygodniach egzotycznych eksperymentów.
Dzień pierwszy pobytu Stwórcy zaczęli od zabukowania hotelu, a my od pływania w basenie. Dopiero później na liście było śniadanie, a po nim wynajęcie rowerów. Rowery to podstawowy środek transportu na wyspie. Tu nie ma żadnych spalinowych pojazdów, dzięki czemu panuje cisza i spokój, a powietrze pachnie wakacjami, a nie spalinami. Jak tylko zrzuciliśmy bagaże w hotelu, zapakowaliśmy manatki plażowe i udaliśmy się do Turtle Point, czyli miejsca, gdzie mieliśmy nadzieję spotkać żółwie morskie. I co? Trafiliśmy w dziesiątkę, a właściwie w jedenastkę! Widoki karaibskie – biały piasek, turkusowa woda i wulkaniczne szczyty Bali w tle. Żółwie spokojnie sobie pływały w płytkiej wodzie, pałaszując wodorosty, a my mogliśmy niemal dotknąć ich miękkich pancerzy. Siedzieliśmy tam do magicznego zachodu słońca, zapominając o całym świecie.
Kolejne dni to totalny chillout w najlepszym wydaniu. Rano śniadanie i poranna kawa, potem plażing, pływanie, nurkowanie, obiad, znowu plaża i snorkeling, a wieczorem kino i szybkie zaśnięcie, żeby załapać jak najwięcej kolejnego dnia. Stwórcy w końcu na poważnie oddali się błogiemu lenistwu, ładując baterie na kolejne przygody. Jedyną wycieczką była wyprawa na sąsiednią Gili Air — spokojniejszą i mniej zatłoczoną wersję Gili Trawangan, za to z przepięknym widokiem na góry Lomboku. Niestety, powrót okazał się koszmarem dla Bruna, który mocno cierpiał z powodu wielkiego kołysania łodzią. Po tym przeżyciu Stwórcy obiecali bratu, że żadnych dalszych wycieczek już nie będzie — od teraz tylko luz i chill. Resztę pobytu spędziliśmy więc na Gili T, zwiedzając wyspę na rowerach, uczestnicząc w wieczornych koncertach w lokalnych knajpkach i odwiedzając tętniący życiem nocny targ rybny. Tam można było wybierać spośród wszelkich morskich specjałów, które zaraz potem były grillowane i serwowane do stołów. Nie omieszkaliśmy skosztować kolorowej ryby — delikatnej, soczystej i przepysznej — oraz ogromnej ilości krewetek. Wszystko to popijaliśmy colą i świeżymi sokami, których dobór był oczywiście sprawą wyłącznie indywidualną – czytaj dzieci piły colę. I tak mijały kolejne dni: śniadanie, basen, plaża, rowery, jedzenie, wieczorne kino. Wakacje w najlepszym stylu aż do ostatniego wieczoru, kiedy Ojciec, sprawdzając godziny odlotów, dostał prawie zawału serca. Okazało się, że loty z Denpasar do Dżakarty były codziennie potężnie opóźnione, więc w panice przebukował go na wcześniejszy — choć i ten często się spóźniał. Dzień powrotu zaczął się bardzo wcześnie. O 7:30 wzięliśmy śniadanie na wynos i pojechaliśmy do portu. Najpierw łódź do Padang Bai, potem samochód na lotnisko z krótkim przystankiem na zakupy pamiątek. Na lotnisku w Denpasar przepakowaliśmy walizki, zrobiliśmy zakupy i zjedliśmy obiad w strefie odlotów, po czym czekaliśmy na kolejny, mocno spóźniony samolot. Po przylocie do Dżakarty szybka zmiana terminalu, nadanie bagaży, kolacja i wreszcie nocny lot do Monachium. Tym razem samolot był jeszcze lepszy, bo z super padami do gier, które umiliły nam czas. Stwórcy trochę narzekali na mniej wygodne fotele, które odciskały się na ich tyłkach, ale nam to kompletnie nie przeszkadzało!
W Abu Dhabi mieliśmy pół dnia wolnego, więc zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawę i zwiedziliśmy imponujący meczet — jego monumentalna biel robiła wrażenie, nawet przy 41 stopniach w cieniu! Stwórcy byli zachwyceni, a i ja nie ukrywam, że byłem pod wrażeniem. Po zwiedzaniu przyszedł czas na tradycyjny arabski obiad — pizza i pasta — i powrót na lotnisko. Ostatni etap podróży to Monachium, gdzie czekały na nas wisienki na torcie: zwiedzanie Allianz Areny i wizyta w muzeum BMW. Po tych bardzo intensywnych dwóch dniach w podróży, byliśmy tak wyczerpani, że zasnęliśmy w pociągu z lotniska, a potem jeszcze raz w samochodzie — i to wszystko przy przejazdach trwających zaledwie kilka minut! Padliśmy więc na łóżko od razu po dotarciu do hotelu, ale po kilkunastu godzinach snu obudziliśmy się jak nowo narodzeni. Zjedliśmy pyszne śniadanie w lokalnej piekarni, po czym zaczęliśmy zwiedzanie stadionu. Odwiedziliśmy muzeum i sklep, gdzie zakupiliśmy kolejną piłkę do kolekcji, a potem ruszyliśmy na tour po stadionie. Siedzieliśmy na trybunach, oglądaliśmy sale konferencyjne, szatnie, a nawet usiedliśmy na ławce rezerwowych! Brakowało tylko murawy i dobrej pogody, bo podczas rozbrzmiewającego z głośników hymnu Ligi Mistrzów, nie mogliśmy wyjść tunelem bezpośrednio na boisko. Na koniec zaliczyliśmy muzeum BMW, pełne kultowych aut i motoryzacyjnych perełek, choć zabrakło możliwości wskoczenia za kierownicę, co trochę nas rozczarowało. Zmęczeni, ale szczęśliwi, wróciliśmy do domu około pierwszej w nocy, po krótkiej drzemce Ojca na parkingu pod Łodzią.
