To były złe miłego początki. Po wejściu do nowego mieszkania jedyne, co czuliśmy, to smród papierosów – taki, jakby poprzedni lokator próbował pobić rekord Guinnessa w paleniu, ale zamiast tego pobił tylko swoje płuca. Na dokładkę, jakieś 10 minut później, dobił nas bardzo ostry zapach kiszonej kapusty. “No to już wiemy, dlaczego jest tak tanio” padło z ust Stwórców i zawisło na długo w pokoju, niczym smog w Krakowie albo kariera Kevina Costnera po Waterworld. Na szczęście z czasem zapach kapusty znikł, a z każdym rozpakowanym pudłem nastroje poprawiały się coraz bardziej.
Wszystko pewnie wydarzyłoby się dużo szybciej, gdyby nie nagła choroba dziadków, którzy mieli przyjechać nam pomóc oraz dwóch godzin przygotowywania na wynajem Młynarskiej, które zmieniły się w cały dzień i jeszcze pół. No i dochodziła oczywiście ciąża Matki – co w kontekście rozpakowywania działało jak kryptonit na Supermana: teoretycznie wszystko powinno działać normalnie, ale w praktyce tempo spadało do poziomu lodowca Perito Moreno (tego w Argentynie, który przesuwa się o trzy metry rocznie, dla tych, którzy myślą, że wszystkie lodowce są w Antarktydzie). Pomimo tych małych niedogodności, wszystko szło nadzwyczaj sprawnie. Na drugi dzień dotarła dostawa z Ikei (tej świątyni skandynawskiego minimalizmu z instrukcjami w pięćdziesięciu językach, z których żaden nie jest w pełni zrozumiały) i kolejne kartony znikały w tempie napojów wyskokowych w akademiku po wypłacie stypendium. Z każdym kolejnym dniem zamienialiśmy zastane czarne meble, nowymi białymi z Ikei – transformacja jakby z baroku przejść do skandynawskiego minimalizmu. Po zbudowaniu wielkiej szafy – projektu na tyle skomplikowanego, że gdyby Gustaw Eiffel zobaczył instrukcję, pewnie zostałby przy swojej wieży – i wyposażeniu je w półki, rozpakowywanie nabrało jeszcze szybszego tempa. Kartony zaczęły znikać niczym pączki w tłusty czwartek. Dzięki temu można było w końcu zabrać się za ogarnięcie mojego pokoju, który na pierwsze kilka dni zamieniony był w magazyn – taki jak ten w finałowej scenie “Poszukiwaczy zaginionej arki”, tylko zamiast Arki Przymierza trzymaliśmy tam… wszystko. Wynieśliśmy wszystkie graty i zaczęliśmy od pustostanu – wnętrza, które mogłoby uchodzić za instalację w muzeum minimalizmu, gdyby tylko ktoś dorzucił tabliczkę z opisem. Oczywiście we wszystkim grałem pierwsze skrzypce – jak Gandalf w Minas Tirith. Kartony z Ikei? Ja rozpakowuję. Nowa szafka z pojemnikami na zabawki, nowy stolik i nowe łóżeczko? Ja montuję. Ileż to najróżniejszych narzędzi musiałem używać, żeby to wszystko to kupy poskładać! Gdyby Tom Hanks w “Cast Away” miał dostęp do mojego arsenału, pewnie zbudowałby sobie nie tratwę, ale cały kurort ze SPA i zjeżdżalnią wodną. Wszystko to z pomocą Ojca oczywiście, ale niewielką. On pełnił rolę asystenta, trochę jak Dr Watson przy Sherlocku Holmesie, tyle że zamiast rozwiązywania zagadek kryminalnych, rozwiązywaliśmy zagadkę, dlaczego ta półka ma siedem dziurek, a śrubek tylko sześć. Najbardziej czekałem jednak na dywan – o czym przypominałem Stwórcom z uporem godnym Napoleona maszerującego na Moskwę (tyle że z lepszym wynikiem końcowym). Dopiero po jego rozłożeniu poczułem się jak podróżnik, który po latach błądzenia dotarł do Eldorado. Wisienką na torcie okazał się fotel obrotowy z Ikei od cioci Asi – model tak elegancki, że gdyby Arne Jacobsen go zobaczył, pewnie porzuciłby projektowanie jajowatych krzeseł i zajął się wyposażeniem pokoi dziecięcych. Stwórcy nie mogli się nadziwić, że jestem w stanie przez dłuższy czas siedzieć i bawić się samemu w swoim pokoju. Swoim nowym, pięknym pokoju.
Do końca tygodnia praktycznie wszystko było gotowe, z wyjątkiem wywiezienia czarnej sofy i szafki TV oraz zamontowania drzwi w szafie Stwórców. Mnie osobiście bardzo się wszytko podoba. Mam pokój wielkości księstwa Liechtensteinu, mogę biegać wokół kuchni jak Forrest Gump wokół Ameryki, kąpię się w wannie większej niż Morskie Oko, w bidecie myję ręce i odkręcam wodę zupełnie niepotrzebnie. Furami jeżdżę po całym mieszkaniu jak Lewis Hamilton po torze w Monaco i w końcu mogę się porządnie rozpędzić. Jeżdżę windą do garażu, wciskając guziki jak operator w NASA podczas startu Apollo 11. A na dodatek odkryłem genialny plac zabaw na osiedlu – małą republikę dziecięcej radości. Żyć nie umierać! Jak mawiał pewien filozof z Aten – „Życie bez zabawy nie jest warte życia”.
