23 views 5 mins 0 comments

HOME SWEET HOME.

In 2014
01 października, 2014

Nareszcie w domu! Po długich miesiącach przygotowań, jeszcze dłuższych oczekiwaniach, trzech dniach w szpitalu i krótkiej przejażdżce Mikrusem (pierwszy raz w życiu jechałem autem i muszę stwierdzić, że czułem się jak VIP), znalazłem się w swoim nowym królestwie Jak się okazało, pomimo tych wszystkich zakrojonych na szeroką skalę działań przygotowawczych, było jeszcze kilka spraw do załatwienia. A przede wszystkim – jak to zazwyczaj bywa – trochę rzeczy do kupienia. Ojciec zaczął jeździć jak opętany: tu do Superfarmu, tam do Świata Dziecka, potem do Almy, później kolejny raz do apteki. Wyglądał jak człowiek, który właśnie odkrył, że lista zakupów to żywy organizm, który rozrasta się wykładniczo z każdą godziną.

Pierwsze tygodnie były dla Stwórców jak wjazd na rollercoaster bez zapiętych pasów. Szok dla ciała – bo snu było mało. Szok dla umysłu – bo nagle pojawiłem się ja i trzeba było mnie obsługiwać. Szok ogólny – bo to wszystko działo się jednocześnie. Jedynym pasującym tu określeniem jest „ostra jazda bez trzymanki”. Na szczęście była z nami babcia P., która okazała się czymś w rodzaju superbohaterki bez peleryny. Sprzątała, gotowała, karmiła, nosiła, usypiała, przytulała, przynosiła, przebierała, podawała, wynosiła, kąpała, prasowała, ubierała, grzała… Mógłbym tutaj wypisać jeszcze kolejne kilkadziesiąt czasowników, ale to jest opowieść, a nie słownik języka polskiego. Powiedzmy po prostu, że gdyby istniały Igrzyska Olimpijskie dla babć, ona zdobyłaby złoto we wszystkich konkurencjach. 

Po dwóch-trzech tygodniach wszystko zaczęło się trochę stabilizować, jakby ktoś w końcu znalazł instrukcję obsługi i przeczytał ją dokładnie. Stwórcy nabrali wprawy w mojej obsłudze (choć nadal wyglądali jak programiści próbujący naprawić kod, którego nie pisali), a i ja powoli przystosowywałem się do życia na Ziemi. Nauczyłem się jeść bezpośrednio z dystrybutorów – co było znacznie wygodniejsze niż dziewięciomiesięczne karmienie przez rurkę. Przyzwyczaiłem się do pieluszek, choć nadal uważam, że to dość dziwny wynalazek. Matka mogła w końcu zrezygnować ze ścisłej diety i zacząć przyjmować inne rodzaje pokarmu – oprócz nabiału oczywiście, który nadal wywoływał we mnie reakcje godne małego wulkanu. Po początkowych kłopotach z przybieraniem na wadze również nie było śladu. Zacząłem nawet spać po 4-5 godzin w nocy, co Stwórcy przyjmowali z wdzięcznością kogoś, kto właśnie wygrał na loterii. Sami także wykazali się dużą elastycznością i proces adaptacji, choć nie był łatwy, przebiegł całkiem sprawnie. Oczywiście niemała w tym moja zasługa, ponieważ okazałem się grzecznym i wyrozumiałym dzieckiem, któremu naprawdę niewiele do szczęścia trzeba. Mogę tutaj nawet nieskromnie stwierdzić, że gdyby nie te przeklęte kolki, jedyne słowo, jakim można byłoby mnie określić, to “anioł”. Nasze wspólne życie, które początkowo przypominało dziki i nieokiełznany górski potok (z okazjonalnymi wodospadami paniki), powoli zmieniało się w leniwą, spokojnie płynącą rzekę, która co najwyżej szuka kilku ostatnich malowniczych meandrów.

I tak, po trzech miesiącach obserwowania dorosłego świata, doszedłem do wniosku, że rodzicielstwo to improwizacja na najwyższym poziomie. Nikt tak naprawdę nie wie, co robi – wszyscy tylko próbują, dają z siebie wszystko i liczą na to, że jakoś się uda. A najpiękniejsze jest to, że zwykle się udaje. Może nie idealnie, może nie tak jak w książkach, ale się udaje. I to chyba jest najważniejsze.

Visited 1 times, 1 visit(s) today