Ojciec nabył furę! I to nie byle jaką – prawdziwe “Vorsprung durch Technik” i “Das Auto” w jednym pakiecie. Biały lakier, aluminiowe felgi, odpicowana jak samochód z “Pimp My Ride”, tylko że bez złotych zębów i subwooferów wielkości lodówki. Mały przebieg i prawie na gwarancji. Babcia jeździła tylko w niedzielę do kościoła – czyli de facto ma mniej kilometrów niż rower miejski w Amsterdamie. Także wiem już, czym będę śmigał po mieście przez pierwsze kilka miesięcy. Zakładając oczywiście, że nauczę się najpierw trzymać główkę.
Przymiarki były dłuższe niż serial “Moda na Sukces”. To było zadanie bojowe Ojca, więc nic nie mogło być pozostawione przypadkowi, jakby planował inwazję na Polskę, a nie kupno wózka dziecięcego. Obserwował jak David Attenborough w buszu, czyhał jak snajper, sprawdzał jak inspektor nadzoru budowlanego, negocjował jak dyplomata ONZ. Na początku było ich w bród – pokazywały się jak grzyby po deszczu albo jak reklamy diet po Nowym Roku. Jeden portal, drugi portal, do wyboru do koloru jak w supermarkecie z płatkami śniadaniowymi. Na jednego się zaczaił, ale okazało się, że daleko jak do Mordoru, więc suma summarum kosztowo i czasowo nie spełniało jego kryteriów, które były wyśrubowane jak wymagania na casting do Miss World.
Później nagle wszystko się urwało. Nic. Zero. Cisza jak w bibliotece podczas sesji egzaminacyjnej. A czas uciekał – niby ciągle w tym samym tempie, ale z każdym dniem wydawało się, że przyspieszał jak Formuła 1 na prostej w Monzie. Sekunda po sekundzie, minuta po minucie, godzina po godzinie, dzień po dniu. A fur brak. Deadline był do końca czerwca, więc trochę zaczął się denerwować. Jednak jako wieczny optymista – typ faceta, który wierzy, że Leicester może wygrać Premier League – był pewien, że mu się uda. Ale jako realista zaczął już nawet rozglądać się po salonach, tak na wszelki wypadek. No i w końcu się udało! Pojawił się znikąd, a w zasadzie to w Hannoverze. Matce się spodobał, więc po twardych, krótkich i zakończonych sukcesem negocjacjach – które przypominały bardziej wymianę jeńców niż zakup wózka – fura została nabyta metodą “kup teraz” przez internet.
Matka była chyba najbardziej zadowolona. Jak ją znam, a siedzę w niej już ponad pół roku więc znam ją dość dobrze (a na pewno lepiej niż ona zna mnie), to na pewno jej poziom stresu zaczynał niebezpiecznie rosnąć. Także myślę, że kamień spadł jej z serca, gdy kolejna ważna sprawa została odhaczona z listy rzeczy-do-zrobienia-przed-narodzinami-dziecka. Tak na marginesie, trochę tych spraw jeszcze zostało, ale pozycje są regularnie odhaczane jak zadania w grze RPG, a czasu jeszcze trochę zostało, więc jestem dobrej myśli.
