20 views 4 mins 0 comments

FINAŁ LIGI MISTRZÓW 2024.

In 2024
02 czerwca, 2024

Już od dawna mieliśmy to w kalendarzu – finał Ligi Mistrzów w Lolku. Tak dawno, że spokojnie można by o tym zapomnieć, gdyby nie fakt, że grał Real Madryt. A skoro gra Real, to dla mnie jest to jak premiera nowej części „Gwiezdnych Wojen”: nieważne, co się dzieje, muszę tam być. Oznaczało to, że przez dziewięćdziesiąt minut (plus doliczony czas gry) moje szczęście, nastrój, a być może nawet sens istnienia, zależały od tego, czy jedenastu milionerów w kolorowych strojach potrafi kopnąć skórzaną kulę we właściwym kierunku. To brzmi równie sensownie jak poleganie na horoskopie przy planowaniu emerytury, ale właśnie dlatego kocham piłkę nożną – bo jest bardziej irracjonalna niż miłość, bardziej nieprzewidywalna niż pogoda i bardziej uzależniająca niż seriale o wampirach.

Dołączyli do nas Wujek Dawid F. z Ignacym, co od razu przekształciło wieczór z prywatnej obsesji w Okazję Rodzinną. W cenie rezerwacji stolika była też kwota do wydania w barze, więc można było poczuć się jak w grze komputerowej z włączonymi cheatami. Zamówiłem hamburgera, bo ostatnio u Witka i Janka G. smakowały mi tak bardzo, że przez tydzień o nich śniłem. Stwórcy patrzyli na mnie z miną reżyserów, którzy przewidują klapę w połowie spektaklu: „Nie dasz rady.” Ale zjadłem cały, a tempo pochłaniania przypominało odkurzacz w akcji. Sam mecz? Pierwsza połowa to teatr absurdu. Real grał tak, jakby ktoś wyjaśnił im zasady futbolu za pomocą google translate z języka suahili, a potem jeszcze przekazał informacje przez głuchy telefon. Borussia waliła jak taran, ale na szczęście była nieskuteczna. Wynik do przerwy 0:0. Bruno z Matką – ci mniej zaangażowani emocjonalnie w los królewskich – zaczęli migrowć do drugiej sali na tańce. Przed drugą połową wszyscy wiedzieliśmy (mieliśmy nadzieję), co się stanie. Real w drugiej połowie zawsze staje się Realem – tym prawdziwym, magicznym, niepokonalnym. Strzelą jedną bramkę i wygrają, bo tak właśnie działa ten zespół. Jedno uderzenie, drugi cios i przeciwnik leży na deskach. Ostatecznie to były dwa gole, zero dyskusji. Borussia została w roli statystów. Toni Kroos – maestro, który właśnie kończył klubową karierę – pożegnał się tak, jak kończą najwięksi: nie słowami, nie łzami, tylko najlepszym meczem w karierze z najważniejszym trofeum w ręku. Grał futbol jak George Clooney gra w filmach – bez wysiłku, bez pokazywania się, ale za to z taką gracją, że każdy inny wygląda przy nim jak student pierwszego roku na egzaminie ustnym.

A teraz… teraz pozostaje czekać na EURO 2024. Trochę jak na drugi sezon świetnego serialu. Niby już nie możesz się doczekać, ale gdzieś z tyłu głowy wiesz, że nic nie przebije tego finału. Albo na odwrót.

Visited 1 times, 1 visit(s) today