Ewolucja. Od leżenia jak rozgwiazda, przez przewroty żółwia, czołganie komandosa i raczkowanie w trybie testowym, aż po postawę stojąco–gibająco–chwiejno–podtrzymywaną. Jak na razie przynajmniej. Brzmi to jak szkolny podręcznik biologii, tyle że w wersji przyspieszonej i znacznie bardziej chaotycznej. Zaczęło się wielkie prostowanie – projekt, który Darwin zaplanowałby na kilka milionów lat, a ja postanowiłem zrealizować w ciągu kilku tygodni. dniach poczułem się jak wzorowy student, który zaliczył kolokwium, a teraz szuka czegoś trudniejszego. Mieszkanie zaczęło przypominać mi dżunglę, a ja byłem małym Tarzanem, tyle że bez lin i z tendencją do przewracania się. Raczkowanie okazało się tak banalne, że po dwóch . Nowe wyzwanie? Łapanie wszystkiego, co wyżej niż moja głowa. Półki, łóżko, uchwyty, szczebelki, kanapa. Generalnie wszystko, co w domu ma krawędź i daje się złapać – czyli wszystko, czym można sobie zrobić krzywdę. Stwórcy szybko ogłosili alarm bojowy i zwołali sztab kryzysowy w sprawie „zabezpieczenia mieszkania przed dzieckiem”. Ojciec więc odpalił mikrusa, pomknął do Leroy’a z determinacją kogoś, kto idzie kupić ostatnią szczepionkę przeciwko zombie i wrócił z triumfalnym łupem: pokrowcami na rury w kolorze czerwieni tak krwistej, że wyglądały jak rekwizyty z „Lśnienia”. Na tle wnętrza prezentowały się jak karnawał w Rio na środku biblioteki. Od razu – czytaj: następnego dnia rano, bo przecież nic się nie robi od razu – zabrał się do ich instalowania na szafce telewizyjnej. Po wykonaniu zadania, zadowolony i dumny z wykonanej roboty, pojechał spokojnie do pracy, prawdopodobnie myśląc, że właśnie rozwiązał problem na następne kilka lat. Nie minęło jednak piętnaście minut, a już dostał zdjęcie: ja w centrum kadru, a jego genialne zabezpieczenia leżały wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinny. Muszę przyznać – poczułem się wręcz urażony łatwością tej przeszkody. Jakby ktoś postawił przed Einsteinem sudoku dla trzylatków. Dopiero kiedy Ojciec użył taśmy dwustronnej, zrobiło się ciekawiej – ale tylko na chwilę. Następnego dnia odkleiłem jedną część, a drugą wyrwałem z takim impetem, że prawie spodziewałem się braw od publiczności. Ojciec był ze mnie dumny. Matka mniej.
Moja nowa pasja – testowanie grawitacji – sprawiła, że dzwoniłem głową w podłogę średnio trzy razy dziennie, a repertuar moich płaczów powiększył się o ton „lekko dramatyczny” i „totalny koniec świata”. Matka straciła więc resztki wolnego czasu i teraz opiekuje się mną w trybie 24/7. Co mnie oczywiście cieszy, bo wreszcie wszystko jest tak, jak być powinno: pełna uwaga skupiona na mnie. W końcu po co mieć rodziców, jeśli nie można ich używać jako całodobowej obsługi technicznej i emocjonalnej?
