19 views 7 mins 0 comments

ENGLAND.

In 2016
10 maja, 2016

Ostatni miesiąc dostarczył mi tyle „pierwszych razów”, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem ktoś nie prowadzi na mnie jakiegoś tajnego eksperymentu. Do tego najważniejszego „pierwszego” (takiego, o którym mówi się dopiero po osiemnastce) jeszcze mi daleko, ale i tak lista atrakcji rosła szybciej niż włosy na mojej grzywce. Kulminacją miał być wyjazd do Anglii, na komunię mojego kuzyna Wiktora – czyli mój pierwszy lot samolotem. No, chyba że liczyć Egipt, kiedy to byłem incognito, dobrze zakamuflowanym embrionem w brzuchu Matki. Ale powiedzmy sobie szczerze – wspomnienia embrionalne są raczej mgliste.

Samoloty, jak już wspominałem w poprzednich wpisach, bardzo lubię i z niecierpliwością czekałem aż w końcu będzie mi dane przelecieć się jednym z nich. To było jak czekanie na premierę filmu, na który odkładało się pieniądze przez miesiące. Przygotowania trwały całe wieki. Jednak dzięki profesjonalnemu podejściu Matki, już trzy dni przed wylotem moja walizka była spakowana i gotowa do drogi. Wyglądała jak mały wojskowy plecak wyprawowy – wszystko przemyślane, poukładane, niczego zbędnego. Efekt? Przez trzy dni chodziłem w tych samych ubraniach i spałem w starych piżamach. Styl na „bezdomnego minimalistę”, czyli coś, co w Skandynawii pewnie uchodzi za modę. To była lekcja ekonomii dla niemowląt – nie można mieć wszystkiego naraz. Swoją walizkę zaczęła pakować tradycyjnie – o północy w przeddzień podróży w atmosferze paniki rodem z filmu katastroficznego.

Wylot oczywiście był z Modlina, gdyż dzięki temu oszczędzono jakieś trzysta złotych. To święte credo polskich rodzin: “Po co płacić więcej za Okęcie, skoro można pojechać trochę dalej i zaoszczędzić?”. Oczywiście nikt nie liczył kosztów dojazdu, parkingu, czasu, benzyny i innych takich drobnostek, bo i po co zaprzątać sobie głowę rachunkami, gdy można się cieszyć pozorną oszczędnością. Trzeba więc było dużo wcześniej wyruszyć, abym mógł się wyspać i spokojnie zjeść obiad przed wylotem. To była operacja o precyzji wojskowej – każda minuta była zaplanowana, każda drzemka wkalkulowana w harmonogram. Wszystko, o dziwo, poszło zgodnie z planem, co w naszej rodzinie zdarzało się mniej więcej z częstotliwością pojawiania się komety Halleya. Zasnąłem jeszcze przed Łomiankami (co zostało odnotowane jako pierwszy sukces dnia), Ojciec nie przekraczał osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, więc nie trzęsło za mocno, paliwo się oszczędzało, a ja miałem czas pospać w spokoju. To było jak podróżowanie z bardzo ostrożnym kierowcą taksówki, który traktuje każdego pasażera jak ładunek wybuchowy, ale ja czułem się jak uczestnik rajdu „Najwolniejszy samochód świata”. Dojechaliśmy i tak za szybko, dlatego Stwórcy zaparkowali pod laskiem i postanowili poczekać aż się obudzę. Zaskoczyłem ich – wstałem już po godzinie. Zdesperowani spróbowali mnie uśpić jazdą samochodem (bo jak wiadomo, samochód to najlepszy wynalazek do usypiania dzieci od czasów kołyski), ale byłem w pełnej gotowości bojowej. Po kilku kilometrach było jasne, że tym razem to ja wygrałem.

Na lotnisku spotkaliśmy dziadków, co sprawiło mi wielką radość. W końcu to dodatkowe ręce do noszenia i dodatkowe źródło rozrywki! Potem formalności: nadanie bagaży, przejście przez kontrolę i obowiązkowy obiad w restauracji lotniskowej, gdzie ceny były porównywalne z kosztami małego mieszkania. Ojciec pożegnał nas przy bramkach, a ja byłem coraz bliżej mojego wielkiego marzenia – samolotu. Ruszyliśmy do poczekalni, a po chwili oczekiwania zostaliśmy przepuszczeni na płytę lotniska i ruszyliśmy w stronę samolotu jak pielgrzymi zmierzający do świątyni. I tu powiem tak: samolot na żywo to coś absolutnie spektakularnego. To było jak spotkanie z bohaterem z książek i filmów, który nagle materializuje się w rzeczywistości. Wielki, srebrny, hałaśliwy, wyglądał jak zabawka na sterydach. Mogłem go oglądać godzinami. Mniej natomiast podobał mi się pomysł, że mam do niego wejść. To było trochę jak przekroczenie progu do nieznanego świata – ekscytujące, ale jednocześnie przerażające. Kiedy jednak znaleźliśmy się na pokładzie, moje wątpliwości szybko się rozwiały. Po pierwsze: dużo ludzi, dźwięków i całkowicie nieznanych rzeczy – idealne warunki do obserwacji. A po drugie: tablet wypełniony po brzegi grami i aplikacjami specjalnie dla mnie. Moje niezadowolenie ulotniło się szybciej niż cierpliwość Ojca do polityków. Spokojnie skupiłem się na przebijaniu balonów, układaniu puzzli i tym podobnych zajęciach, które sprawiały, że czas mijał niezauważalnie. Lot przestał być stresem, a stał się po prostu kolejną okazją do zabawy w nowym, nieco bardziej egzotycznym miejscu. Żadnych kryzysów, żadnych awantur. Było tak dobrze, że sam zacząłem się zastanawiać, czemu Ojciec swój pierwszy lot… przespał. Serio. Przespać TAKĄ atrakcję? To prawie jakby przespać własny pogrzeb.

Podsumowując: mój pierwszy świadomy lot był absolutnym sukcesem. Pobyt w Anglii też był świetny, ale to już historia na osobny wpis. Jeśli kolejne „pierwsze razy” mają wyglądać tak, to ja się piszę.

Visited 1 times, 1 visit(s) today