No i stało się. Bruno został pierwszoklasistą. Na rozpoczęcie roku nie omieszkał się zgalować, jak on to mówi, na prezydenta – granatowe spodnie, biała koszula i marynarka. Wyglądał naprawdę elegancko! I nie mówię tego tylko dlatego, że to mój brat – naprawdę wyglądał jak miniaturowy biznesmen idący na ważne spotkanie. Tyle że to spotkanie dotyczyło kolorowania w ramkach i nauki czytania.
Pomimo braku lekcji, dzień minął nam naprawdę intensywnie. Co jest w sumie paradoksem – pierwszy dzień szkoły, a jednocześnie dzień, w którym nie ma właściwej nauki. To trochę jak premiera filmu, gdzie pokazują tylko zwiastun. Bruno z Matką pojechali na rozpoczęcie na dziewiątą. Mieli zaplanowany apel oraz spotkanie z wychowawczynią, która musiała opowiedzieć i wyjaśnić zasady działania zarówno pierwszoklasistom, jak i ich rodzicom. Z tego, co powiedzieli mi Stwórcy, dostał się do najfajniejszej pani wychowawczyni w całej szkole, co bardzo ich ucieszyło. A wiem, że mówią prawdę, bo nie ma sensu kłamać w tak łatwo sprawdzalnej sprawie. Ja natomiast, jako stary wyga (czwarta klasa to już prawie liceum w hierarchii szkolnej), pojechałem z Ojcem na dziesiątą. Posłuchaliśmy chwilę opowiadań mojej nowej wychowawczyni i po pół godziny wszystko było zakończone.
Po wszystkim mieliśmy jechać razem na lody, ale mi się spieszyło na podwórko do kolegów (priorytety!), więc powiedziałem Ojcu “au revoir” i ruszyłem rowerem do domu. Pozostała część rodziny również to zrobiła, tyle że po drodze zahaczyli o Syrenkę, gdzie spożyli po gałce lokalnych najlepszych. To jest właśnie różnica między czwartakiem a pierwszoklasistą – ja już wiem, że prawdziwa zabawa zaczyna się po szkole, na podwórku. Po dwóch godzinach zabaw czas prysł i rzeczywistość upomniała się o siebie. Obowiązki wzywały! A konkretnie – Ojciec zabierał mnie na zakupy urodzinowe. Mieliśmy sprawdzić stroje Realu w sklepie Adidasa i miałem wybrać, który chciałbym dostać. Brzmi prosto, prawda? No więc. Najpierw udaliśmy się do Galerii Mokotów, gdzie nie było żadnych koszulek. To było jak pójście do piekarni, w której skończył się chleb – technicznie to nadal piekarnia, ale po co tam iść? Później do R-Gol, gdzie koszulki były, ale nie było rozmiarów. Klasyka – mają to, czego potrzebujesz, ale nie w twojej wielkości. To mniej więcej tak, jak znalezienie idealnej dziewczyny, która ma chłopaka. Jedyny pozytyw z R-Gola to zdecydowałem, że nie chcę koszulki szarej – wybór musi paść między klasyczną białą a wyjazdową pomarańczową. Kolejny przystanek to Piaseczno, gdzie były rozmiary białych, ale nie było napisów i numerów na plecach. A co to za koszulka Realu bez numeru “9” i napisu Mbappe? Obsługa przekierowała nas do sklepu Adidasa na Marszałkowskiej i miałem wielką rozterkę, ponieważ robiło się już późno i chciałem wracać do domu, do kolegów. Ale Ojciec zachęcił mnie, żeby sprawdzić ten sklep i mieć temat oganrnięty. Jego słowa miały dla mnie jakiś tam sens (plus wiedziałem, że jak nie sprawdzimy, to będę żałował), więc ruszyliśmy w kierunku centrum. Po pół godziny byliśmy na miejscu i już przy wejściu powitały nas koszulki Mbappe! To było jak wejście do raju dla fanów piłki nożnej – wszystko, o czym marzyłem, w jednym miejscu. Kolejna godzina to wielkie emocje, zarówno pozytywne, jak i negatywne. Nie mogłem się zdecydować co wybrać:
- Jeden zestaw?
- Dwie koszulki z moją dopłatą?
- A może nic i zostać przy starych strojach?
Było naprawdę ciężko. To jak wybieranie ulubionej piosenki – wszystkie są dobre, ale musisz wybrać tylko jedną. W końcu wymyśliliśmy z Ojcem strategię i na pierwszy ogień poszła pomarańczowa koszulka Mbappe z zamówionymi online spodenkami. W końcu mogliśmy wracać do domu! Misja zakończona sukcesem.
Tam, po krótkiej zabawie z kolegami, wróciła Matka z naszą szkolną wyprawką. Było tego tyle, że ledwo mieściło się na stole! Wyglądało to jak przygotowania do ekspedycji na Everest, a nie do pierwszej klasy podstawówki. Szybko zjedliśmy kolację i wzięliśmy się do pracy. Następną godzinę spędziliśmy kompletując piórniki, zeszyty, wyposażenie i plecaki. Lista rzeczy była imponująca – kredki, temperówki, ołówki, farbki, długopisy, mazaki, piórniki, zeszyty, okładki, bloki duże i małe i jeszcze sto dwadzieścia innych rzeczy. Matka dzielnie nam przy tym asystowała i pomagała wybrać odpowiednie rzeczy, sprawdzając i porównując nasze wyposażenie z listą od nauczycieli. Bo lista od nauczycieli to święta księga – nie można jej zlekceważyć. Gdy już plecaki były spakowane, było dobrze po dwudziestej pierwszej, więc szybko się umyliśmy i poszliśmy spać, a Rodzice mogli w końcu odetchnąć.
I tak oto Bruno oficjalnie został pierwszoklasistą, gotowy na podbój świata edukacji. Misja “Pierwszy dzień szkoły” wykonana. Teraz tylko pozostaje przeżyć resztę roku szkolnego!
