No więc kot wyszedł z worka. Albo raczej, żeby być anatomicznie precyzyjnym, wyszło zdjęcie małego fafrundzla. To właśnie moja pierwsza prawdziwa fotka – ta, którą w moherstanie trzeba by ocenzurować czarnym paskiem, jakby to był film kategorii X, tylko że w wersji ultramikroskopowej.
Mówiąc wprost, jak powiedziałby mój przyszły kolega z podstawówki: chłop ze mnie będzie. Szok? Nie bardzo. Podejrzenia były już wcześniej, a większość świata obstawiała tę opcję jak Manchester United w meczu przeciwko drużynie z ósmej ligi. Może gdzieś, w jakimś zakątku rodzinnej wyobraźni, ktoś łudził się nadzieją na widok inny niż w finałowej scenie „Seksmisji” – ale to była nadzieja równie realna jak powrót The Doors na scenę.
Sesja numer dwa była równie nerwowa jak pierwsza. Zaczynam podejrzewać, że te sesje zdjęciowe nie są korzystne dla nikogo – stres na poziomie, który przekracza wszelkie znane skale pomiarowe. Moje nerwy, które jeszcze nawet porządnie się nie wytworzyły, już są zszargane jak winylowe płyty w sklepie z używanymi krążkami. Może powinienem rozważyć inną ścieżkę kariery? Coś mniej wymagającego. Może księgowość.
Ale wracając do meritum – ta sesja była kluczowa. Sprawdzali mi wszystkie organy po kolei, jak mechanik sprawdzający samochód przed wyścigiem. Słuchali, jak bije mi serducho (soundtrack: coś między drum’n’bassem a techno), mierzyli mnie wszerz i wzdłuż jak krawiec na Saville Row szykujący garnitur na miarę.
Werdykt? Jestem zdrowym, dobrze rozwijającym się młodym obywatelem z chromosomem Y. Brzrzmi trochę jak opis z ogłoszenia towarzyskiego, ale w tym przypadku to po prostu medyczne potwierdzenie tego, co wszyscy już wiedzą: będę tym facetem, który za kilkanaście lat będzie stał w kolejce w IKEA, zastanawiając się, czy szafka BILLY rzeczywiście zmieści się w jego pokoju.
