Święta Bożego Narodzenia tradycyjnie wypadły u dziadków na Mazurach. I od razu powiem: trafiłem do raju. Jeszcze zanim zdążyłem zdjąć buty, już wiedziałem, że będzie dobrze. W korytarzu przywitała mnie pierwsza gwiazdka, w przedpokoju druga, a w salonie, na czubku choinki — trzecia, największa i najbardziej spektakularna, prosto z kategorii „Las Vegas style”. Migająca, błyszcząca, hipnotyzująca. Stanąłem na środku pokoju jak zaczarowany, ręce w górze, kciuki skierowane w stronę gwiazdy, a z gardła wydobywał mi się jęk zachwytu. Gdybyście widzieli minę misiów w Powrocie Jedi, kiedy zobaczyły C-3PO, to wiecie dokładnie, jak wyglądałem. Szkoda tylko, że Stwórcy zamiast złapać telefon i uwiecznić ten moment, stali jak słupy i rozdziawiali paszcze. No cóż, przynajmniej zapamiętali.
Potem było już tylko lepiej. Gwiazdy były wszędzie. Na małej choince-świeczce, na bombkach, na podkładkach, na kubkach, na świecznikach. Nawet na firankach, w formie kwiatuszków udających gwiazdy. Babcia poszła w klimat tak mocno, że w zasadzie czułem się jak w Gwiezdnych Wojnach, tylko bez „Wojnach”. Nic dziwnego, że codziennie rano po mleku robiłem z Babcią obowiązkowy „gwiezdny obchód”. Każdą musiałem obejrzeć, pomacać i skomentować w języku zrozumiałym tylko dla mnie i ewentualnie innych jednorocznych ekspertów od gwiazdek. Później były zabawy, zabawki, zabawy i jeszcze raz zabawki. Najpierw z Matką, później z Ojcem, następnie babcia, dziadek, ciocia-babcia i tak w kółko na okrągło – jak w sitcomie, gdzie każda postać ma swój moment w odcinku. Permanentna atencja, czyli tak jak lubię najbardziej. Czułem się jak gwiazda Hollywood, tylko bez paparazzi i z większą ilością mleka.
Święta przyniosły mi też nowe umiejętności. Po pierwsze: słowotwórstwo. Odkryłem, że jak idę do lodówki i głośno oświadczam, że „czas na jogurt” albo „serek wiejski grani” (w moim osobistym języku ma się rozumieć), to działa. Nabiał wciągam jak odkurzacz i jestem z tego dumny. Moim ulubionym słowem zostało jednak nieśmiertelne „Nie”. „Tak” oczywiście też potrafię, ale używam go bardzo sporadycznie. Logika jest prosta: skoro najczęściej jestem proszony o rzeczy, których nie chcę robić (spanie, jedzenie warzyw, nierzucanie jedzeniem), to co niby mam odpowiadać?!? Poza tym “Nie” to również najbardziej praktyczne słowo w języku polskim, szczególnie w kontekście negocjacji rodzinnych. Umiem jeszcze powiedzieć “Ta-ta” (to już od dawna), a jeśli ktoś chce, abym powiedział “Mama”, to brzmi to mniej więcej tak: “Taaaa-Ta”. Trochę jak cover znanej piosenki – rozpoznawalne, ale z własną interpretacją. Ale proszę się nie martwić — w sytuacjach kryzysowych, kiedy jestem głodny albo wystraszony, mój aparat mowy potrafi wyprodukować tak piękne „Ma-ma”, że Bralczyk z Miodkiem mogliby mi bić brawo. Do tego dorzucam jeszcze „Tam”, „Bam” i cały repertuar długich, pełnozdaniowych przemówień w języku rodem z Ewoków. Nikt mnie nie rozumie, ale i tak lubię je wygłaszać coraz częściej i coraz głośniej.
A na koniec crème de la crème, czyli prezenty. Pod choinką znalazłem całą paczkę dóbr luksusowych: książki, ubrania, samochody, inne zabawki i wisienka na torcie — sanki. Niestety, pogoda miała inne plany. Choć z plus piętnastu zrobiło się piętnaście na minusie, śniegu dalej było jak na lekarstwo. Dopiero w sobotę, dzień przed powrotem, spadło odrobinkę i mogłem wziąć je na pierwszą przejażdżkę. Przejechałem się jakieś dziesięć metrów, pociągnąłem je przez pięć i… wróciłem do mojej ukochanej zebry. Bo sanki sankami, ale zebra to zebra. Koniec historii.
