21 views 5 mins 0 comments

BOŻE NARODZENIE DWA I PÓŁ.

In 2016
02 stycznia, 2016

Święta Bożego Narodzenia tradycyjnie wypadły u dziadków na Mazurach. I od razu powiem: trafiłem do raju. Jeszcze zanim zdążyłem zdjąć buty, już wiedziałem, że będzie dobrze. W korytarzu przywitała mnie pierwsza gwiazdka, w przedpokoju druga, a w salonie, na czubku choinki — trzecia, największa i najbardziej spektakularna, prosto z kategorii „Las Vegas style”. Migająca, błyszcząca, hipnotyzująca. Stanąłem na środku pokoju jak zaczarowany, ręce w górze, kciuki skierowane w stronę gwiazdy, a z gardła wydobywał mi się jęk zachwytu. Gdybyście widzieli minę misiów w Powrocie Jedi, kiedy zobaczyły C-3PO, to wiecie dokładnie, jak wyglądałem. Szkoda tylko, że Stwórcy zamiast złapać telefon i uwiecznić ten moment, stali jak słupy i rozdziawiali paszcze. No cóż, przynajmniej zapamiętali. 

Potem było już tylko lepiej. Gwiazdy były wszędzie. Na małej choince-świeczce, na bombkach, na podkładkach, na kubkach, na świecznikach. Nawet na firankach, w formie kwiatuszków udających gwiazdy. Babcia poszła w klimat tak mocno, że w zasadzie czułem się jak w Gwiezdnych Wojnach, tylko bez „Wojnach”. Nic dziwnego, że codziennie rano po mleku robiłem z Babcią obowiązkowy „gwiezdny obchód”. Każdą musiałem obejrzeć, pomacać i skomentować w języku zrozumiałym tylko dla mnie i ewentualnie innych jednorocznych ekspertów od gwiazdek. Później były zabawy, zabawki, zabawy i jeszcze raz zabawki. Najpierw z Matką, później z Ojcem, następnie babcia, dziadek, ciocia-babcia i tak w kółko na okrągło – jak w sitcomie, gdzie każda postać ma swój moment w odcinku. Permanentna atencja, czyli tak jak lubię najbardziej. Czułem się jak gwiazda Hollywood, tylko bez paparazzi i z większą ilością mleka.

Święta przyniosły mi też nowe umiejętności. Po pierwsze: słowotwórstwo. Odkryłem, że jak idę do lodówki i głośno oświadczam, że „czas na jogurt” albo „serek wiejski grani” (w moim osobistym języku ma się rozumieć), to działa. Nabiał wciągam jak odkurzacz i jestem z tego dumny. Moim ulubionym słowem zostało jednak nieśmiertelne „Nie”. „Tak” oczywiście też potrafię, ale używam go bardzo sporadycznie. Logika jest prosta: skoro najczęściej jestem proszony o rzeczy, których nie chcę robić (spanie, jedzenie warzyw, nierzucanie jedzeniem), to co niby mam odpowiadać?!? Poza tym “Nie” to również najbardziej praktyczne słowo w języku polskim, szczególnie w kontekście negocjacji rodzinnych. Umiem jeszcze powiedzieć “Ta-ta” (to już od dawna), a jeśli ktoś chce, abym powiedział “Mama”, to brzmi to mniej więcej tak: “Taaaa-Ta”. Trochę jak cover znanej piosenki – rozpoznawalne, ale z własną interpretacją. Ale proszę się nie martwić — w sytuacjach kryzysowych, kiedy jestem głodny albo wystraszony, mój aparat mowy potrafi wyprodukować tak piękne „Ma-ma”, że Bralczyk z Miodkiem mogliby mi bić brawo. Do tego dorzucam jeszcze „Tam”, „Bam” i cały repertuar długich, pełnozdaniowych przemówień w języku rodem z Ewoków. Nikt mnie nie rozumie, ale i tak lubię je wygłaszać coraz częściej i coraz głośniej.

A na koniec crème de la crème, czyli prezenty. Pod choinką znalazłem całą paczkę dóbr luksusowych: książki, ubrania, samochody, inne zabawki i wisienka na torcie — sanki. Niestety, pogoda miała inne plany. Choć z plus piętnastu zrobiło się piętnaście na minusie, śniegu dalej było jak na lekarstwo. Dopiero w sobotę, dzień przed powrotem, spadło odrobinkę i mogłem wziąć je na pierwszą przejażdżkę. Przejechałem się jakieś dziesięć metrów, pociągnąłem je przez pięć i… wróciłem do mojej ukochanej zebry. Bo sanki sankami, ale zebra to zebra. Koniec historii.

Visited 1 times, 1 visit(s) today