Tymi słowami – a właściwie dźwiękami przypominającymi język obcego z „Obcego” – obudziłem wczoraj Stwórców. Punkt 5:58 rano. Idealna pora, żeby rozpocząć ósmy miesiąc życia z przytupem i entuzjazmem kogoś, kto właśnie odkrył, że ma głos i zamierza go używać. „Blableblaaaaableeeebliblaaaa”. To były moje pierwsze poważne słowa, a przynajmniej tak to zapamiętałem. Uczucia Stwórców były nieco… ambiwalentne. Z jednej strony ekscytacja – oto nowa umiejętność, przełom, kamień milowy w rozwoju! A z drugiej: zegar pokazuje szóstą, a oni dzień wcześniej, zamiast jak normalni ludzie położyć się spać, obejrzeli dwa odcinki „Better Call Saul”. I to nie z obowiązku, ale z tych naiwnych nadziei, że „przecież mały dziś zasnął wcześnie, to mamy czas dla siebie”. Naiwni, biedni ludzie! Kklasyczny błąd strategiczny w rodzaju “jeszcze jeden odcinek nie zaszkodzi”, który kończy się zawsze tak samo: żalem i niedospaniem.
Próbując ratować swoją sytuację, próbowali mnie jeszcze oszukać! Karmienie, szybki transfer do łóżeczka, delikatne klepnięcie w pupę – i nadzieja, że zasnę na kolejne dwie godziny. Taaa… powodzenia. Moja mina mówiła jasno: „Nie, nie, kochani. Impreza dopiero się zaczyna”. I zaczęła się. Blablabla, bleee, bli-blaaaa. Jak konferansjer w kabarecie, bez przerwy i bez suflera. Na szczęście – i mówię to z pełną świadomością – tylko to moje gadanie uchroniło ich przed totalnym załamaniem nerwowym. Bo w chwilach, gdy akurat nie gadałem, marudziłem tak, jakbym trenował do roli Kondrata w „Dnu Świra”. I żeby było jasne – ja też nie wiem, o co mi chodziło. Czasem trzeba po prostu trochę pomarudzić. Jak artysta, który robi performance i sam nie do końca rozumie, czemu, ale czuje, że trzeba.
W ramach pojednania i zawarcia pokoju, po południu odpaliliśmy z Ojcem tuning mojej pierwszej fury. I to nie byle jaki – zrobiliśmy wersje kabrio. Wyobraźcie sobie: wiatr we włosach, komary w zębach i w końcu piękne widoki, a nie tylko niebo, niebo, niebo. Moja fura wygląda teraz jak rasowy roadster, i mam nadzieję, że od dziś będę jeździł tylko w tej wersji. Zwłaszcza że w normalnym nadwoziu zaczynam się mieścić, jak dorosły w samolocie tanich linii – niby można, ale po godzinie marzysz, żeby wystawić nogi na zewnątrz.
