98 views 25 mins 0 comments

BERLIN. PART TWO.

In 2016
02 lipca, 2016

Drugiego dnia pogoda postanowiła przestać nas torturować, co w języku berlińskim oznaczało, że deszcz zmienił się w zimną mżawkę. Ale my, w przypływie optymizmu właściwego ludziom, którzy wydali fortunę na hotel, ogłosiliśmy to “zdecydowaną poprawą” i wyruszyliśmy zwiedzać miasto wszerz i wzdłuż. To było nasze motto na dziś – jakby Berlin to była jakaś geometryczna zagadka do rozwiązania, a my trzema osobami próbującymi udowodnić twierdzenie Pitagorasa. 

Pierwszy przystanek: Topographie des Terrors – bo przecież nie ma lepszego sposobu na pobudzenie apetytu na zwiedzanie niż solidna porcja historycznej deprechy. Potem Checkpoint Charlie, gdzie zrobiliśmy obligatoryjne zdjęcia przy tej budce, jakby to był Mount Rushmore turystycznej Europy, a nie atrapa dla turystów. Ale prawdziwy moment ekstazy nastąpił na Gendarmenmarkt, gdzie natknęliśmy się na faceta puszczającego bańki mydlane. Stanąłem zahipnotyzowany, a już po chwili biegałem jak oszalały, krzycząć „Zoooobaaaa jaka ogomna bania!”. Stwórcy robili zdjęcia z wyrazami twarzy sugerującymi, że właśnie odkryli ósmy cud świata. Następnie ruszyliśmy do Nikolaiviertel, gdzie ja, w akcie buntu przeciwko kulturze wysokiej, postanowiłem się zdrzemnąć. Stwórcy, zostawieni sami sobie, usiedli na ławeczce za kościołem i, popijając kawę za osiem euro (bo w Berlinie chyba wszystko kosztuje osiem euro), kontemplowali okoliczności przyrody i całą wycieczkę. To brzmi bardzo filozoficznie, ale najprawdopodobniej narzekali na bolące stopy. Alexander Platz okazał się tym, czym zawsze są place o wielkich nazwach – ogromnym pustkowiem otoczonym przez rzeczy, które wyglądają, jakby je projektował ktoś, kto nigdy nie widział innych ludzi. Ale fontanna Neptuna była całkiem ładna, a Zegar Świata z wieżą telewizyjną w tle – to przecież klasyka turystyczna, obowiązkowa jak zdjęcie z wieżą Eiffla czy narzekanie na ceny w lotniskowych sklepach. Karl-Marx-Allee to była przygoda sama w sobie. Szliśmy tam w poszukiwaniu tej fontanny z przewodnika, co brzmi jak początek złego filmu akcji. Minęliśmy wszystkie komunistyczne landmarki, które wyglądały dokładnie tak, jak powinny wyglądać komunistyczne landmarki – surowo i szaro, ale jakieś tam wrażenie robiły. Kolejna przerwa na jedzenie na Strausberger Platz, gdzie siedzieliśmy na ławce z widokiem na fontannę. Niestety, okazało się, że to nie ta fontanna z przewodnika. Klasyczna turystyka: spędzasz pół dnia szukając czegoś, a znajdujesz coś, co wygląda prawie tak samo, ale nie jest tym, czego szukałeś. To tak, jakby życie miało poczucie humoru, ale było w tym naprawdę kiepskie. Ale nie poddaliśmy się! Ruszyliśmy dalej, do Volkspark Friedrichshain, gdzie w końcu znaleźliśmy naszą fontannę – Märchenbrunnen. Stwórcy byli zachwyceni, jakby odkryli Atlantydę, a ja przyznam, że nie była to Fontanna di Trevi. Ale może w tym rzecz – nie możemy zawsze mieć najpiękniejszej fontanny świata, więc cieszymy się tymi, które mamy. Potem, ponieważ była jeszcze dość młoda godzina (czyli Stwórcy nie byli całkowicie wykończeni), postanowili, że wrócimy do hotelu dość okrężną drogą przez dzielnicę żydowską. To jest klasyczne myślenie rodziców – jeśli nie jesteśmy jeszcze kompletnie padnięci, to znaczy, że możemy zrobić jeszcze więcej rzeczy. To tak, jakby szczęście mierzyć ilością przebytych kilometrów. Po zatankowaniu lodów i batonów na stacji benzynowej, ruszyliśmy dalej, coraz wolniej przebierając nogami. Ta fraza brzmi poetycko, ale prawda jest taka, że po dwunastu godzinach wędrówki każdy z nas chodził jak zombie w bardzo kiepskim horrorze, no może poza mną, bo ja akurat byłem wożony wózkiem. Przez kompletny przypadek znaleźliśmy Hackesche Höfe, o którym Stwórcy mówili z taką ekscytacją, jakby odkryli zaginione miasto Majów. Podczas poprzedniej wizyty nie udało się go znaleźć, co w wolnym tłumaczeniu oznacza, że przeszli obok ze trzy razy, ale byli zbyt dumni, żeby zapytać o drogę. Po wyplątaniu się z tej sieci podwórek i podwóreczek, dotarliśmy do synagogi. I tutaj czekało nas wielkie rozczarowanie. Nie dlatego, że synagoga była brzydka czy coś – po prostu nie było jej widać. Zasłaniały ją drzewa, a na dodatek nie można było do niej podejść. To jest kwintesencja turystyki a’la Monty Python – jeździsz przez pół Europy, żeby zobaczyć coś, czego nie można zobaczyć. Na pocieszenie znaleźliśmy piękne podwórko Heckmann-Höfe z dużą rzeźbą hipopotama, na którego natychmiast się wdrapałem. To jest coś, czego dorośli nie rozumieją – jeśli widzisz rzeźbę zwierzęcia, naturalną reakcją jest się na nie wdrapać. To nie jest wandalizm, to jest interakcja z sztuką. Powrót do hotelu miał być prosty – wsiadamy do tramwaju i jedziemy. Ale nie, postanowiliśmy iść pieszo, a na dodatek odbiliśmy przed rzeką w prawo i ruszyliśmy w kierunku Bundestagu. Bo nic tak nie kończy dnia, jak spacer po niemieckim parlamencie. Chwila odpoczynku, kolejne selfiacze (to słowo za każdym razem brzmi coraz gorzej), szybkie naleśniki w Tiergarten i wreszcie hotel. Aplikacja naliczyła 21 kilometrów. Dwadzieścia jeden kilometrów! To więcej niż większość ludzi przechodzi w ciągu tygodnia, a my zrobiliśmy to w jeden dzień, z dwulatkiem, w obcym mieście, w poszukiwaniu fontann z przewodnika.

Ostatni dzień zaczął się od dużych wrażeń, szczególnie dla Stwórców. To jest eufemizm w stylu “Titanic miał drobne problemy z nawigacją”. Prawda jest taka, że prawie wywołałem międzynarodowy incydent dyplomatyczny w windzie hotelowej. Zaczęło się niewinnie – pomagałem Ojcu wynosić walizki z pokoju. Ale ponieważ noszenie bagażu to nudne zajęcie dla kogoś, kto ma dwa lata i wyobraźnię wielkości Teksasu, postanowiłem wezwać windę i pójść na przejażdżkę. W tym momencie najwyraźniej obudził się jeden z genów odziedziczonych po Ojcu, który od najmłodszych lat lubił podróże bliższe i dalsze. Po usłyszeniu ciszy (co w języku rodziców oznacza, że dziecko robi coś, czego nie powinno), Stwórcy wybiegli na korytarz i zaczęli mnie szukać. Znaleźć oczywiście mnie nie mogli, usłyszeli tylko mój śmiech w windzie. To jest coś, co brzmi uroczo w retrospektywie, ale w tamtej chwili musiało brzmieć jak soundtrack do horroru. W końcu dziecięcy śmiech dobiegający z windy to klasyka kina grozy. Problem był taki, że windy były dwie, na szczęście jedyne piętra, na które mogłem się udać bez karty to parter i garaż. Ojciec wsiadł do pierwszej windy, Matka czekała na drugą. Ojciec zatrzymywał się kilka razy na kolejnych piętrach, a ja w międzyczasie dojechałem na parter i zdezorientowany pobiegłem na stołówkę, ostatniego miejsca, które kojarzyłem i w którym byliśmy razem. Samotność niezbyt mi się podobała, więc dość mocno się rozryczałem, wpędzając w konsternację i zaniepokojenie obsługę i dość znaczną liczbę wymeldowujących się gości. Na szczęście pojawił się Ojciec i nie zastanawiając się nawet sekundy, z wielką ulgą wskoczyłem mu w ramiona. To był moment jak z filmu, gdy bohaterowie wpadają sobie w objęcia po wielkiej katastrofie. Tylko że katastrofa trwała może pięć minut i nikt nie umarł. W ogóle nie myśląc i zamiast zaczekać na Matkę, wsiedliśmy do windy i pojechaliśmy na górę. Tutaj dostałem solidny opieprz, po czym wtuliłem się w poduszkę delikatnie szlochając. Niedługo później dojechała Matka, blada jak czystej krwi albinos, co trafnie zauważyła pani sprzątająca. Był to komentarz, który mógłby pochodzić z powieści Nicka Hornby’ego – obserwacja tak szczegółowa i zabawna, że prawdopodobnie prawdziwa. Po tym dobrym początku dnia, ruszyliśmy na ostatni etap zwiedzania. Gemäldegalerie z Rembrandtami, Rubensami i innymi Cannalettami (bo dla dwulatka wszyscy malarze brzmią tak samo). Potem Charlottenburg, zahaczając po drodze o Bauhaus Museum i piwko na Wittenbergplatz. Obie „atrakcje” na szczęście przespałem, bo dla dziecka muzeum i bar to równie nudne miejsca. W obu stoisz w miejscu i udajesz, że coś cię interesuje. Naszym celem były ruiny kościoła Kaiser-Wilhelm-Gedächtnis-Kirche, więc zrobiliśmy kolejnego selfiacza pod rzeźbą, która nazywa się… Berlin, z kościołem w tle. Po klasycznych bratwurst i pommes frites (niestety były bardzo kiepskie), pojechaliśmy(!) metrem(!!) po samochód (!!!). Została ostatnia atrakcja – katedra. Zaparkowaliśmy na moście przy Nikolaiviertel i nie biorąc nic ze sobą poza podręczną torbą i aparatem, ruszyliśmy w kierunku katedry. To zdanie brzmi niewinnie, ale każdy rodzic wie, że “nie biorąc nic ze sobą poza…” to może być początek wielkiej katastrofy. Katedra była przepiękna, tak przynajmniej twierdzą Stwórcy. Mnie natomiast najbardziej podobało się ganianie między ławkami. To jest różnica między dorosłymi a dziećmi – oni widzą architekturę, historię, sztukę. Ja widzę przestrzeń do biegania. Potem przyszedł moment, który Ojciec będzie wspominał w koszmarach – wejście na taras widokowy. 191 wąskich i krętych schodków ze mną na rękach, po dwudziestu kilometrach zrobionych dzień wcześniej i pewnie dziesięciu już dziś, to była wymarzona rozrywka dla niego. To moi drodzy jest sarkazm na poziomie mistrzostwa świata. Nikt nie chce nieść dwulatka po 191 schodkach, szczególnie po dwóch dniach intensywnego zwiedzania. Ale robimy to, bo “widoki na cały Berlin” i “będziemy to pamiętać do końca życia”. Prawda jest taka, że Ojciec będzie to pamiętać do końca życia, ale nie z tych dobrych powodów. Po bardzo długiej chwili, która trwała prawie wieczność, zdyszani i mokrzy (tylko Stwórcy oczywiście, bo mnie niesiono), mogliśmy podziwiać te piękne widoki na cały Berlin. Po zejściu na dół byliśmy szczęśliwi, zadowoleni i zaczęliśmy kierować się w stronę auta, a Matka stwierdziła, że mieliśmy wspaniałą wycieczkę i już nie może się doczekać kolejnej. To jest klasyczne myślenie post-wakacyjne – gdy już wszystko się skończy, zaczynasz romantyzować traumę. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy grupce Albańczyków czy innych podpalanych, grających w “czerwone wygrywa, czarne przegrywa”. Było jak u Franka Dolasa – duże zamieszanie i stworzony klasyczny sztuczny tłum, więc szybko się stamtąd ewakuowaliśmy i po kilku minutach byliśmy przy samochodzie, gotowi do odjazdu. Ojciec poprosił Matkę o kluczyk i wtedy okazało się, że… kluczyka brak. W spodniach nie ma, w kieszonce bocznej plecaka nie ma, nigdzie nie ma. To jest moment, gdy czas się zatrzymuje. Gdy zdajesz sobie sprawę, że wszystko, co może pójść nie tak, właśnie poszło nie tak. Gdy rozumiesz, że jesteś turystą w obcym kraju bez dostępu do samochodu, w którym są wszystkie twoje rzeczy. Ojciec chciał wyrzucić wszystko z plecaka i sprawdzić każdą rzecz po kolei, ale Matka nie chciała tego robić to na środku mostu, z trzema pasami jazdy po każdej stronie. To jest praktyczne myślenie – nie chcesz zostać potrącony przez samochód, gdy szukasz kluczyków do samochodu. Po przejściu na chodnik Ojciec zarządził przejście tą samą trasą i sprawdzenie czy czasem gdzieś te klucze nie wypadły. To jest logika desperacji – może kluczyk leży gdzieś na ulicy i czeka, aż go znajdziemy? To tak samo prawdopodobne jak zobaczenie Yeti, ale gdy jesteś w kryzysie, każdy pomysł wydaje się znakomity. Matka była święcie przekonana, że kluczyki były w bocznej kieszeni plecaka, która niestety była otwarta. Ruszyliśmy jednak tą samą trasą, oglądając każdą kostkę bruku i pytając o kluczyk kelnerów w kolejnych knajpach. To był już obraz rozpaczy – trzech ludzi szukających małego metalowego przedmiotu na ulicach dużego miasta. To tak, jak szukanie igły w stogu siana, gdzie stogiem jest cała dzielnica Berlina. I wtedy przyszła teoria spiskowa. Matka, w przypływie analitycznego myślenia pod presją, stwierdziła, że to Albańcy wyciągnęli kluczyk. Zrobili zamieszanie, żeby wszyscy skupili wzrok na trzech kubeczkach, a w międzyczasie obrobili naiwniakom kieszenie. Ale to był tylko początek! Chwilę później przyszła druga myśl, jeszcze gorsza. Śledzili nas do samochodu i go ukradną! A w samochodzie były wszystkie nasze rzeczy plus spora ilość gotówki od klienta. Dla Stwórców brzmiało to bardzo sensownie, dla mnie zwykła eskalacja paranoi. Zbledli jeszcze bardziej, mimo tego, że już wcześniej ich twarze przypominały kolorem misie polarne. Przerażeni, rozdzielili się. Ojciec pobiegł szukać policji, żeby odzyskać z nimi kluczyk od Albańców, a ja z Matką miałem pilnować samochodu! To był pomysł, który nawet dla dwulatka po milisekundzie zastanowienia, wydaje się tak absurdalny, że nawet nie mam go z czym porównać. Ojciec nie znalazł ani policji, ani Albańców, bo dość szybko zdał sobie sprawę z faktu, że auta pilnuje kobieta z malutkim dzieckiem, i czym prędzej przybiegł do nas, pozbawiony tchu i z nogami z waty. Ja natomiast trochę zjadłem i w dalszym ciągu dziwiłem się, dlaczego nie możemy wsiąść do auta. To jest perspektywa dziecka – dla mnie cała sytuacja to była po prostu dziwna przerwa w podróży. Nie rozumiałem, dlaczego dorośli się denerwują z powodu kawałka metalu. Z mojej perspektywy, życie jest proste – jesteś głodny, jesz. Jesteś zmęczony, śpisz. Chcesz jechać autem, wsiadasz do auta. Wszystkie inne problemy to wymysł dorosłych. Po rozmowie z konsultantem z wypożyczalni Ojciec miał przed oczami wizję straconego samochodu z wypożyczalni, dobytku w środku, dodatkowych kosztów pobytu w Berlinie i grupki Albańców, podjeżdżających do niego w okolicach czwartej rano, warującego przy samochodzie w krótkim rękawku i krótkich spodenkach. To klasyczny przykład tego, jak wyobraźnia może być gorsza od rzeczywistości, a paranoja jeszcze gorsza od wyobraźni. Ojciec jako bezdomny w Berlinie, okradany w środku nocy przez międzynarodowych złodziei samochodów. To jest eskalacja, która mogłaby posłużyć za scenariusz filmu akcji klasy B. Po kolejnej konsultacji z wypożyczalnią i otrzymaniu informacji, że samochód zostanie unieruchomiony i odholowany na strzeżony parking, Stwórcy trochę się uspokoili, ale zaczęli liczyć koszty i miny mieli bardzo nietęgie. To jest matematyka kryzysu – gdy nie możesz rozwiązać problemu, zaczynasz liczyć, ile będzie cię kosztować. Po kilkunastu długich minutach, Matka postanowiła jeszcze sprawdzić cały plecak, mimo tego, że dała by się pokroić, że kluczyk był w bocznej kieszeni. I cudownym trafem kluczyk się znalazł! To jest moment, który każdy dorosły zna – rzecz, której szukałeś przez godzinę, leży dokładnie tam, gdzie powinna leżeć. To nie jest magia, to jest po prostu prawo Murphy’ego działające w odwrotnym kierunku. Ojciec szybko zadzwonił, aby odwołać całą akcję unieruchomienia, wsiedliśmy do auta i po kilkunastu minutach (po otrzymaniu zielonego światła z wypożyczalni), ruszyliśmy w trasę. Jak zwykle z opóźnieniem, tym razem dwugodzinnym.

Jak widać wycieczka była wesoła i na pewno zapadnie w pamięć, szczególnie Stwórcom. To jest klasyczne podsumowanie wakacji – po czasie nazywasz traumę wesołą przygodą i mówisz, że zapadła w pamięć, jakby to była dobra rzecz. Mnie z podróży najbardziej podobały się wiatraki przy autostradzie oraz tunele przy wjeździe do Berlina. To jest szczera opinia dziecka – nie obchodzą mnie zabytki, muzea czy fontanny z przewodnika. Najbardziej podobają mi się rzeczy, które są duże, ruszają się lub robią hałas. Wiatraki i tunele spełniają wszystkie te kryteria. Stwórcy natomiast uświadomili sobie, że zwiedzanie miast nie jest co prawda już takie jak kiedyś, ale nadal jest fajne, przyjemne i dające bardzo dużo satysfakcji, a ja wcale im tak bardzo w tym zwiedzaniu nie przeszkadzam. To jest chyba najbardziej optymistyczne stwierdzenie w całym tekście. Prawda jest taka, że zwiedzanie z dzieckiem to zupełnie inne doświadczenie. Nie chodzi już tylko o kulturę, historię czy architekturę. Chodzi o to, żeby przeżyć dzień bez poważnych incydentów, znaleźć miejsca, gdzie można się zdrzemnąć, i pamiętać, żeby nie zgubić kluczyków do samochodu. Ale może w tym jest jeszcze coś – może rodzinne wakacje nie polegają na tym, żeby wszystko zobaczyć. Może chodzi o to, żeby stworzyć historie, które będziesz opowiadać przez lata. Historie o zgubionych kluczykach, windach pełnych dwuletnich uciekinierów i fontannach, które nie są tymi właściwymi fontannami. 

Nic tylko czekać na kolejną wycieczkę! I to jest optymizm na poziomie, który graniczy z masochizmem. Rodzice zawsze myślą, że następnym razem będzie lepiej. Że będą bardziej przygotowani, że dziecko będzie starsze i mądrzejsze, że nie zgubią kluczyków. Prawda jest taka, że zawsze będą jakieś klucze do zgubienia. Zawsze będą jakieś windy, w które wsiądzie dziecko. Zawsze będą jakieś fontanny, które nie są tymi właściwymi fontannami. Ale może w tym jest sens podróżowania z rodziną – nie w tym, żeby wszystko poszło zgodnie z planem, ale w tym, żeby mieć plan do zepsucia. Bo najlepsze historie już zawsze będą zaczynać się od słów “a pamiętasz, jak wtedy w Berlinie…”

I tak, będę czekać na kolejną wycieczkę. Bo mimo wszystko, 21 kilometrów w jeden dzień z dwuletnią ekipą wsparcia to nie lada wyczyn. A zgubienie i odnalezienie kluczyków to doświadczenie, które zbliża rodzinę bardziej niż tysiące beztroskich kilometrów. Poza tym, wiatraki przy autostradzie naprawdę były fantastyczne.

Visited 2 times, 1 visit(s) today