Męczą mnie już te sesje. Ciągle te zdjęcia i zdjęcia. Ileż można być fotografowanym? Przecież nie jestem żadnym celebrity – przynajmniej na razie! Może za kilkanaście lat będę gwiazdą jakiegoś reality show lub mistrzem świata w rzucaniu papierowymi samolocikami, ale na razie jestem tylko kolejnym statystą w tym wielkim filmie o życiu. Ale muszę przyznać, że doświadczenie procentuje jak lokaty w latach 80-tych. Atmosfera luźna jak na planie komedii romantycznej, stresu brak, wszystko poszło jak z płatka – gładko, bez zbędnych dramatów czy histerii godnej Oscara.
Naczelny fotograf, który wyglądał jak ktoś, kto czyta “Fotografię bez tajemnic” i ma więcej sprzętu niż NASA, nawet Matkę strofował. Przez bardzo małe “s”, oczywiście. Prosił tylko, aby zachowała odrobinę powagi, gdyż jej dobry humor wpływał negatywnie na jakość zdjęć. Najwyraźniej w tej branży uśmiech to jak flara w aparacie – wszystko psuje. Wykonane w rozdzielczości gorszej niż pierwsza kamera cyfrowa z lat 90-tych odbitki pokazały, że nadal rozwijam się znakomicie. Ważę prawie półtora kilo – czyli mniej niż laptop, ale więcej niż przeciętny kot – i wszystko mam na miejscu jak dobrze zorganizowany gabinet dentysty.
Muszę również tutaj zaraportować, że Stwórcy strasznie się ucieszyli na mój widok. Uśmiechy na ich twarzach od ucha do ucha mówiły same za siebie – jakby właśnie wygrali w totolotka albo dowiedzieli się, że ich ulubiony serial dostał kolejny sezon. To było zresztą bardzo miłe zobaczyć tak wielką radość na widok zwykłych, czarno-białych zdjęć w rozdzielczości 8-bit, na których prawie nic nie widać. Jakby oglądali wielkie dzieło sztuki, a nie rozmytą plamkę przypominającą kształtem ziemniaka. Ale kto wie – może to właśnie jest sztuka. W końcu Jackson Pollock też robił nieczytelne plamy, a ludzie płacą za nie miliony.
