To jest moje pierwsze zdjęcie. Profesjonalne portfolio, można by rzec. Dwanaście tygodni na karku, pięć centymetrów wzrostu – w zasadzie idealny wiek na sesję zdjęciową, jeśli ktoś lubi klimat “mikroskopijny minimalizm”. Fotograf – pewien lekarz o imieniu, którego nie pamiętam, ale który wyglądał jak ktoś, kto słucha wyłącznie smooth jazzu i ma zbyt wiele dyplomów na ścianie – musiał się nagimnastykować bardziej niż Keith Richards próbujący zagrać „Satisfaction” po trzech dniach bez snu. Ale profesjonalizm to profesjonalizm.
Moi Stwórcy byli spięci. I tu muszę się zatrzymać, bo słowo “spięci” to tak, jakby opisywać muzykę Sex Pistols jako “nieco głośną”. Gdybym miał być precyzyjny, powinienem sięgnąć do słownika inwektyw, ale jestem zbyt dobrze wychowany. Powiedzmy więc, że ich poziom stresu mieścił się gdzieś między “pierwszy skok na bungee” a “oglądanie Legii w finale Ligi Mistrzów z Realem”.
Na szczęście dla wszystkich zainteresowanych, wszystko było na swoim miejscu – ja, moje części składowe, nawet moja mikroskopijną wątróbka funkcjonowała jak szwajcarski zegarek. I mówię tu o prawdziwym Pateku Philippe, nie o podróbce z bazaru, którą nosi minister Nowak. W rezultacie napięcie opadło szybciej niż popularność Oasis po rozpadzie zespołu. Stwórcy, uradowani jak kibice Leicester po zdobyciu mistrzostwa, pomknęli świętować. A ja? Udałem się na zasłużony odpoczynek. W końcu bycie gwiazdą to ciężka praca.
