Urodziny nie-urodziny. Były, ale jakby ich nie było. To znaczy były, bo 8 września nie da się przeskoczyć w kalendarzu, ale bez oficjalnej imprezy, prezentów i tych wszystkich tradycyjnych rzeczy typu tort, czapeczki i świeczki. Ale w zasadzie to jednak coś tam było. Ale inaczej, nie tak jak zawsze. I jeśli w tym momencie nic nie rozumiesz, to spokojnie — ja też nie. Dlatego zacznę od początku.
Początek był w styczniu, kiedy obwieściłem światu — a przynajmniej tej części świata, która mnie zna — że moim największym marzeniem jest zobaczyć Cristiano Ronaldo na żywo. Taki ja: człowiek prostych pragnień, byle kosztowały majątek i wymagały podróży na inny kontynent. Ogłosiłem więc wszem i wobec, że od tej pory oszczędzam każdązłotówkę na wyjazd do Arabii Saudyjskiej. Zdeterminowany jak pielgrzym do Mekki, przestałem kupować sobie cokolwiek. A na wszelkie okazje prezentowe prosiłem wyłącznie o gotówkę. „Nic mi nie kupujcie, dajcie mi plik banknotów” — mówiłem z gracją osoby, która mentalnie już pakuje walizkę. Ale urodziny to urodziny, prawda? Otóż nieprawda. Ale jednocześnie trochę prawda. I właśnie w tej sprzeczności mieszkają moje urodziny-nieurodziny.
Na początek — Mazury. Adaś i Michaś mieli urodziny, ale nikt nic nie przygotował, bo zgodnie z planem imprezy miało nie być. A potem jednak była. I to nie jedna! Babcia rzuciła: „Skoro widzimy się raz w roku, to zrobimy urodziny wszystkim po kolei!”. I tak też się stało. Z urodzin zrobiliśmy produkcję masową. Rodzinna wersja all inclusive, tylko zamiast drinków z palemką — świeczki i torty. Każdy dostał swoją świeczkę z numerkiem (ale wyłącznie do zdjęcia), każdemu odśpiewano „Sto lat”, a nawet dorzucono prezent. Tak zaczęły się moje urodziny nie-urodziny, edycja pierwsza.
Edycja druga: Świniary. Oficjalnej imprezy brak, ale prezenty już tak. I to takie, że Ronaldo sam by przyklasnął — dziadkowie dorzucili się pięknie, a wujek Radek, który akurat się pojawił, również sypnął groszem. Budżet wyjazdowy zaczął wyglądać jak coś, co można nazwać „realnym planem”, a nie „marzeniem w stylu: kiedyś, może, zobaczymy”. Teraz szybko przenosimy się do 8 września i edycji trzeciej. Imprezy miało oczywiście nie być, ale Stwórcy coś tam jednak przygotowali: mianowicie tort lodowy, o którym od dawna marzyłem. Impreza odbyła się dość późno wieczorem, na tyle późno, że solenizant funkcjonował już w trybie piżamowym, co oczywiście nie przeszkodziło w świętowaniu. Były świeczki, w/w tort z wielką jedenastką, „Sto lat” i eleganckie łamanie wszystkich zasad higieny snu, bo jednak wciągać najsłodszą na świecie porcję lodów tuż przed pójściem do łóżka… no cóż. Mądre to to nie było. Spać poszliśmy późno. Bardzo późno.
A na koniec — akt… ostatni, bo już się pogubiłem w liczeniu. Weekend w lesie z rodziną G. i Jankiem G. (tym drugim Jankiem G., bo okazuje się, że wszyscy moi dobrzy koledzy mają nazwiska na G., jakby los specjalnie chciał mi utrudnić pisanie). Ponieważ oficjalnie urodzin nie obchodziłem i imprezy nie robiłem, kupiliśmy ciasto, wzięliśmy świeczki i… odśpiewano mi „Sto lat” po raz kolejny. Tak dla pewności, żeby tradycja nie czuła się pominięta.
Więc tak: moje nieobchodzone urodziny okazały się poczwórną imprezą (w końcu się doliczyłem!). Może nie z rozmachem znanym z poprzednich lat, ale za to cztery razy, w czterech różnych miejscach, wśród ludzi, których lubię najbardziej. A prezenty gotówkowe zasiliły mój fundusz Ronaldo tak solidnie, że czuję, iż jeszcze chwila, jeszcze moment — i naprawdę spełnię swoje marzenie. A wtedy dopiero będzie impreza.
