Podejrzenia, domysły, hipotezy, domniemania. Brzmi jak tytuły odcinków “CSI: Ciąża”, ale to wszystko miało miejsce na moich pierwszych zagranicznych wakacjach pod palmą. W Egipcie, oczywiście – bo gdzież indziej? I to all inclusive! Bo jeśli już masz odkryć, że jesteś w ciąży, to przynajmniej niech będzie przy bezpłatnym bufecie i koktajlach nad Morzem Czerwonym. Efekty uboczne mojej obecności ciągle się intensyfikowały. Pomimo nieustannego mylenia tropów i zacierania śladów (co nie było łatwe, gdy ma się rozmiar ziarnka ryżu), czułem, że lada moment zostanę odkryty. To było jak w filmie szpiegowskim – ja byłem tajnym agentem infiltrującym organizację, a Rodzice byli detektywami próbującymi rozgryźć zagadkę dziwnych objawów. Tyle że w tym przypadku “tajny agent” nie miał możliwości ucieczki – byłem uwięziony w własnej kryjówce.
Zaraz po powrocie z wyjazdu, Stwórcy zaopatrzyli się w profesjonalny (no może półprofesjonalny) detektor do wykrywania takich jegomości jak ja. Test ciążowy – ostateczna broń w walce z niewiedzą. I, jak można było się spodziewać, udało im się. Zostałem odkryty. Game over. Mission failed. Koniec zabawy w chowanego.
Ich reakcja wyglądała mniej więcej tak:
- “No to jesteśmy w ciąży” – powiedziała Matka.
- “Yyyyyy hyyyyhhhhyyhhhyyhhhhhyyyy. Hyyhyhhhyyyyhhhyyyyyhhyyy” – powiedział Ojciec.
No to sobie pogadali, pomyślałem. Ojciec najwyraźniej przeszedł w tryb pierwotny i komunikował się za pomocą dźwięków przypominających wysysanie powietrza z opon. Matka zachowała klasę i powiedziała to, co trzeba było powiedzieć. Dostrzegłem też, kątem oka (a jakże – choć technicznie jeszcze ich nie miałem), że oboje mają uśmiech na twarzach. Taki sam jak na maturze, gdy dostajesz pytanie, do którego akurat się nie przygotowałeś. Albo gdy śmiejesz się z żartu, którego nie rozumiesz. Znamy to wszyscy – ten uśmiech, który mówi: “Świetnie! Chyba… To znaczy… Och, kurczę. A teraz co?”
Ale uśmiech to uśmiech, pomyślałem. Najważniejsze, że jest. W końcu mogło być gorzej – mogli się rozpłakać albo zemdleć. A tak przynajmniej zachowali pozory opanowania. Poza tym w oczach widziałem, co prawda za murem przerażenia, ale za to wielką radość. To było jak oglądanie filmu przez okno – widzisz obrazy, ale dźwięk musisz sobie wyobrazić. Było w nich wtedy dużo niedowierzania, bo w końcu nie tak to sobie zaplanowali. A raczej nie tak szybko. Mieli pewnie swoje plany, harmonogramy, może nawet Excel’a z kalkulacjami. A tu masz!
Życie lubi pokrzyżować najlepiej ułożone plany. To jak GPS, który prowadzi cię przez centrum miasta w godzinach szczytu, mimo że planowałeś objazd.
