24 views 9 mins 0 comments

INDONEZJA 2025. PART 2.

In 2025
14 lipca, 2025

Pierwszy dzień na Jawie zaczął się dokładnie tak, jak skończył się poprzedni – pluskaniem w basenie. Woda była tak przyjemnie chłodna, że nawet Matka zapomniała marudzić o kremie z filtrem. Potem przyszło śniadanie… i cóż, powiedzmy, że raczej nikt nie będzie o nim pisał w przewodniku kulinarnym. Trochę zjedliśmy, trochę poprzebieraliśmy w talerzu, bo przecież przygody same się nie przeżyją, a bez energii daleko nie zajedziemy. Cel wycieczki Prambanan.

Nasz kierowca, Juan, okazał się młodym chłopakiem tuż po studiach, z dobrym angielskim i imponującą wiedzą o swojej ojczyźnie. Jechał powoli, jakby chciał, żebyśmy każdy widok z drogi mogli zapamiętać na długo – od zielonych pól ryżowych po stragany uginające się pod ciężarem owoców, o których wcześniej tylko czytaliśmy w przewodnikach. Sama świątynia zachwyciła nas rozmachem. Dowiedzieliśmy się, że przez setki lat była pogrzebana pod gruzami po trzęsieniu ziemi i niemal zapomniana, dopóki w XVIII wieku nie odkryli jej Holendrzy. Od tamtej pory trwa jej mozolna odbudowa – cegła po cegle, posąg po posągu. Trochę jak gigantyczne klocki LEGO, tylko z kamienia. Spacerując po tym miejscu, mieliśmy wrażenie, że dotykamy historii, która przez wieki czekała na swoje drugie życie.

Po zwiedzaniu wpadliśmy do restauracji na owoce morza, a potem ruszyliśmy w gąszcz miejskich korków, by dotrzeć do centrum Yogyakarty. Wymiana waluty, załatwienie lokalnej karty SIM – wszystko trwało dużo dłużej niż planowaliśmy, przez co do hotelu wróciliśmy już późnym wieczorem. Jednak wieczór miał swój magiczny finał – po kolacji właściciele hotelu zorganizowali nam puszczanie lampionów, które powoli unosiły się w ciemność, jakby zanosiły nasze marzenia wprost ku niebu.

Dzień drugi zapowiadał się jeszcze ambitniej – ruszyliśmy do Borobudur, drugiej największej świątyni buddyjskiej na świecie. Upał był nie do zniesienia, ale wrażenia rekompensowały każdą kroplę potu. Matce udało się uchwycić kadr rodem z pocztówki – mnisi w pomarańczowych szatach na tle monumentalnej budowli. Po zwiedzaniu i obiedzie zrobiliśmy krótki przystanek w górach, gdzie wodospady Sungai Mudal zmyły z nas pył i zmęczenie. Woda była lodowata, ale za to pobudzająca – jakby ktoś włączył w nas przycisk „reset”. Orzeźwieni i pełni energii, wsiedliśmy na pokład samolotu i polecieliśmy na Bali, gdzie miały zacząć się prawdziwe wakacje. Dochodziła prawie pierwsza w nocy, gdy dojechaliśmy do hotelu Arco Iris w Candidasie, więc jedyne, na co mieliśmy siłę, to zanurzyć się w miękkich poduszkach i zasnąć. 

Pierwszy dzień pobytu na Bali rozpoczęliśmy od zielonych naleśników bananowych z czekoladą, które wyglądały jak deser z bajki i smakowały jak… no cóż, jak deser z bajki. Po tej rozkosznej uczcie nie mogliśmy zrobić nic innego, jak natychmiast przetestować hotelowy basen.. Woda była tak przyjemna, że przez chwilę rozważaliśmy spędzenie w niej całego dnia. I w sumie tak się stało – lenistwo wygrało z ambicją. Dopiero późnym popołudniem zebraliśmy się w sobie, by wyruszyć na lokalną plażę. Niestety, rozczarowanie przyszło szybciej niż odpływ. Zamiast bajkowego piasku i turkusowej wody przywitał nas czarny piasek, śmieci i różne „skarby” po poprzednich gościach. Chyba ktoś zapomniał powiedzieć, że rajskie plaże bywają też trochę bardziej przyziemne.

Następnego dnia trafiliśmy jednak na prawdziwy skarb – Virgin Beach. Już sama nazwa obiecywała coś wyjątkowego i tym razem obietnica została spełniona w stu procentach. Plaża była jak z katalogu biura podróży: długa i szeroka, z piaskiem miękkim jak kaszka manna, otoczona stromymi skałami porośniętymi bujną zielenią. Woda mieniła się odcieniami turkusu, a fale miały rozmach godny najlepszych spotów dla surferów. My, choć daleko nam do mistrzów deski, rzuciliśmy się w to wodne szaleństwo, co chwila śmiejąc się i krztusząc słoną wodą. W przerwach zajadaliśmy się smażoną rybą w jednej z plażowych knajpek, które co prawda wyglądały, jakby zbudowano je z tego, co morze akurat wyrzuciło na brzeg, ale jedzenie serwowały całkiem smaczne.

Po takim dniu mogliśmy leżeć plackiem przez tydzień… ale Stwórcy mieli inne plany. Jak tylko zregenerowali siły, natychmiast zaczęli planować kolejne wycieczki. Na pierwszy ogień poszło Ubud i słynny Małpi Las – miejsce pełne setek rozbrykanych małpek, które biegały wszędzie, zupełnie jakby to było ich własne podwórko. Bo w zasadzie to było ich własne podwórko! Jedna z nich od uznała Ojca za chodzący, bezpłatny sklep i wskoczyła mu na plecy, próbując wyłowić coś z plecaka. Pod koniec wędrówki zobaczyliśmy też ogromną jaszczurkę, tak wielką, że przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie wylądowaliśmy przypadkiem na planie nowego „Parku Jurajskiego”.

Las był jednak tylko przystawką – prawdziwą wisienką na torcie (przynajmniej dla mnie) była wyprawa na stadion Bali United. Po krótkiej rundzie zachwytów nad stadionem, przeszliśmy do części, na którą czekaliśmy najbardziej – megastoru. Półki uginały się od koszulek, szalików, czapek i gadżetów, a w powietrzu unosił się ten charakterystyczny zapach nowiutkiej piłki. W końcu dopadliśmy tę jedyną – idealną piłkę do naszej kolekcji oraz koszulki klubowe dla mnie i Bruna. Dopełnieniem było dopasowanie nazwisk i numerów: Maringa z „1” dla Bruna i Spasojevic z „9” dla mnie. Ten moment był jak gol w ostatniej minucie finału – czysta  radość i poczucie, że właśnie zapisujemy w pamięci wspomnienie, które będzie odgrzewane w rodzinnych opowieściach przez lata.

Kolejna wycieczka to Lahangan Sweet – punkt widokowy z panoramą na najwyższy szczyt wyspy. Chmury co prawda postanowiły trochę popsuć show, ale i tak było warto. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Tirta Gangga – wodnym pałacu z bajkowymi ogrodami. Rodzice byli zachwyceni architekturą i roślinnością, a mnie i Brunowi najbardziej podobały się kolorowe ryby, które wyglądały jakby ktoś pomalował je kredkami. Na koniec dnia zaliczyliśmy jeszcze plantację kawy, gdzie nie tylko zobaczyliśmy Luwaki, ale też skosztowaliśmy kilkunastu gatunków kaw i herbat. Kolejne dni na Bali spędziliśmy na naszej ukochanej już Virgin Beach, a potem czekała nas wyprawa promem na magiczne wyspy Gili – ale o tym w kolejnym odcinku…

Visited 1 times, 1 visit(s) today