W poprzednich latach nasze wakacje wyglądały mniej więcej tak: pakowanie w panice, rezerwowanie noclegu w dniu wyjazdu, a czasem nawet już w aucie, kiedy Ojciec prowadził, a Matka w telefonie szukała czegokolwiek, co miało dach i łóżka. Ale w tym roku… no powiem Wam, scenariusz rodem z Hollywood. Ojciec, udając chyba jakiegoś agenta 007, już w styczniu potajemnie zakupił bilety do Indonezji. I to nie z byle jakiego lotniska — startowaliśmy z Monachium! A skoro tak, to w planie od razu pojawiły się wizyty w Allianz Arenie i Muzeum BMW, bo przecież, cytując Ojca, „jak już lecieć na drugi koniec świata, to z przytupem”.
O całej akcji Matka dowiedziała się dopiero późną wiosną podczas rozmowy o planach na wakacje. Wtedy Ojciec, z tajemniczą miną, ogłosił, że „Nie trzeba nic planować, wszystko ogarnięte, lecimy na Bali.” Jej reakcja była bezcenna: najpierw wybuchła śmiechem, a potem rzuciła: „Przestań mnie wkręcać!”. Dopiero po chwili zaczęła dopytywać, czy to na serio i trochę wody upłynęło w Wiśle, zanim naprawdę uwierzyła. My z Brunem też długo nie mogliśmy ogarnąć, że to wszystko dzieje się naprawdę. No i wtedy zaczęło się odliczanie dni do startu wielkiej przygody.
Później przyszła zmora każdego wyjazdu — pakowanie. Przez ostatnie trzy lata jeździliśmy samochodem, którego bagażnik był zawsze wypchany po dach (a nawet trochę więcej). Tym razem mieliśmy zmieścić się w dwie walizki i cztery plecaki. Ojciec obstawał przy minimalizmie — same plecaki albo jeszcze mniej, Matka miała natomiast wizję bardziej ambitną — zabrać całą szafę, a najlepiej jeszcze dwie zapasowe. Na wszelki wypadek. Ostatecznie udało się spakować wszystko co niezbędne i wszystko co mniej niezbędne i wbrew wszelkiej logice, większość manatków udało się wcisnąć do bagażnika. To był mały cud logistyczny, który powinien trafić do podręczników o zarządzaniu przestrzenią w samochodzie kompaktowym.
Wszystko było zaplanowane perfekcyjnie, każdy szczegół dopięty na ostatni guzik… aż tu nagle życie postanowiło pokazać, kto tu naprawdę rządzi. Lot z Monachium przesunięto, a Ojciec został wrzucony w wir awaryjnego przebukowywania hoteli, lotów i planu zwiedzania. Okazało, że planowanie z dużym wyprzedzeniem ma też swoje „plusy ujemne”. Na szczęście obyło się bez większych zawirowań, a podróż do Monachium przebiegła bez żadnych przygód. Wieczorem zdążyliśmy jeszcze pochodzić po rynku, chłonąc atmosferę miasta. Następnego ranka rozkoszowaliśmy się przepysznym śniadaniem w Familienbäckerei Kistenpfennig i zaraz po nim ruszyliśmy na lotnisko.
Bruno przed lotem był trochę spięty i pełen obaw, ale w chwili, gdy tylko przekroczyliśmy próg samolotu i zobaczył indywidualne ekrany z filmami, muzyką i grami, cały stres uleciał szybciej niż startujący bolid formuły jeden. Lot do Abu Dhabi minął błyskawicznie — a po drodze dostaliśmy nie tylko pyszny posiłek, ale i niespodzianki w postaci plecaków Warner Bros dla dzieciaków. Po wylądowaniu w Abu Dhabi zrobiliśmy krótki rajd po lotnisku — tak dla rozprostowania nóg i udowodnienia sobie, że potrafimy jeszcze chodzić, a nie tylko siedzieć w fotelu. Pachniało tu mieszanką kawy, perfum i jakichś egzotycznych przypraw, a wielkie witryny sklepów kusiły wszystkim, czego człowiek wcale nie potrzebuje, ale nagle bardzo chce mieć. Potem przyszedł czas na kolejny, długi lot. Scenariusz wyglądał prawie identycznie: filmy, gry, jedzenie i napoje, które Matka w normalnych warunkach nazwałaby „towarem zakazanym”. Trudno w to uwierzyć, ale udało nam się nawet złapać trochę snu. Wreszcie, kiedy większość Europy jeszcze spała, a my czuliśmy się jak po trzech nocach z rzędu na szkolnej dyskotece, wylądowaliśmy w Dżakarcie. Już po wyjściu z samolotu powietrze dało nam solidnego „przytulasa” — takiego, że od razu człowiek się lepi i wie, że właśnie trafił w tropiki. Na lotnisku wyszedł również kolejny plus ujemny wcześniejszego planowania. Wizy do Indonezji są ważne od dnia zakupu, a nie od wskazanej daty przybycia. Innymi słowy: nasze były już tak samo ważne, jak zeszłoroczne bilety na karuzelę. Trzeba było kupić je jeszcze raz — niby formalność, ale portfel Ojca skrzywił się jak po zjedzeniu cytryny.
Został nam już tylko szybki przejazd pociągiem na terminal krajowy, kilkanaście minut czekania (które ciągnęły się jak guma od majtek), aż wreszcie wsiedliśmy do samolotu Batik Air i już lecieliśmy w stronę Yogyakarty, czyli naszego pierwszego prawdziwego przystanku w Indonezji. Tam czekał na nas kierowca hotelowy, wyglądający, jakby zaraz miał zasnąć, ale w końcu dowiózł nas do Svarna Padni — naszego hotelu położonego w samym sercu dżungli, z basenem i wszystkimi wygodami, o jakich mogliśmy marzyć. I wtedy wreszcie poczuliśmy to — oto zaczęły się prawdziwe wakacje, pełne przygód, odkryć i niezapomnianych chwil!
