26 views 4 mins 0 comments

NARTY W RUDOLFSHUTTE.

In 2025
16 lutego, 2025

W tym roku ferie mieliśmy zaplanowane tak dokładnie, że nawet zegarki mogłyby się od nas uczyć punktualności! Najpierw tydzień na Mazurach u Babci i Dziadka, a potem — uwaga, uwaga — wielki, wypasiony wyjazd na narty w Alpy! Pierwszy tydzień zaczęliśmy jednak trochę… listopadowo. Śniegu? Zero. Lodu? Zero. Mrozu? Zapomnij. Babcia jednak to przewidziała (Babcia ma jakiś swój wewnętrzny radar pogodowy) i już wcześniej zapisała nas na warsztaty w bibliotece. Poszliśmy dwa razy i było całkiem fajnie. Poza tym klasyk u dziadków — trochę piłki, trochę koszykówki, wypad do Szczytna, no i oczywiście dużo bajek! Tydzień przeleciał nam w tempie turbo i zanim się obejrzeliśmy, w piątek w południe przyjechał po nas Ojciec. Tylko że wcale nie po to, żebyśmy sobie odpoczęli. Nie, nie. Czekała nas jeszcze cała akcja przygotowawcza! Najpierw Sportano i gogle dla Bruna, potem zakupy rzeczy potrzebnych (i takich tylko „w razie czego”), a na koniec wielkie pakowanie: walizki, samochód, bagażnik na dachu… To była prawdziwa orka na ugorze!

W sobotę rano ruszyliśmy do Austrii. Droga poszła sprawnie i wieczorem wylądowaliśmy na pierwszym noclegu, z widokiem na wielką górę Grimming. Niestety była noc, więc mogliśmy tylko uwierzyć na słowo, że jest piękna. Dopiero rano zobaczyliśmy, że faktycznie — robi wrażenie! Potem szybkie śniadanie i ruszyliśmy dalej. Po półtorej godziny serpentynami (Ojciec mówił, że to „nic takiego”, ale wszyscy trzymaliśmy się foteli) dotarliśmy pod stację gondoli. Bagaże do wagonika towarowego, nas do osobowego i… jazda na górę! Bruno trochę się bał wysokości, ale Ojciec uspokajał go, że za kilka dni będzie w gondoli ziewał i pytał, czy jeszcze daleko. Pokój miał być był gotowy dopiero po 15, więc od razu wskoczyliśmy w stroje narciarskie i poszliśmy na stok. Najpierw mała trasa z orczykiem, potem długa, czerwona wzdłuż gondoli. Pierwsze zjazdy były trochę niepewne, ale jakoś się udało. I tak zaczęła się nasza alpejska przygoda!

Hotel był genialny — wychodziło się prosto na stok, a jak ktoś miał ochotę, to były też szlaki turystyczne i skiturowe. Bruno z Ojcem poszli raz na taką wędrówkę i zapadali się w świeżym śniegu aż po pas. Śniadania i kolacje były jak z bajki (chociaż Bruno marudził, że nie ma Wiener Schnitzela), a najlepsze były lody na deser — można było brać, ile się chciało! Była też sauna z widokiem na góry (dorośli zachwyceni, dzieci raczej nie), oraz basen (tutaj odwrotnie).

W kolejnych dniach wpadliśmy w idealny rytm: pobudka, długie śniadanie, „grubsze potrzeby fizjologiczne” i od razu na stok. Jeździliśmy do 15–16, potem zjazd do hotelu, sauna, basen, kolacja i cała seria wieczornych atrakcji — od bilarda po kino. Tydzień minął nam w trzy sekundy, a my zgodnie stwierdziliśmy, że Alpy to jest to!

Visited 2 times, 1 visit(s) today