Długi weekend to u nas znaczy jedno – jakaś góra musi być zdobyta. Tak już mamy w kontrakcie rodzinnym. Ale tym razem miało być trochę inaczej! Żadnego biegania po pieczątkę z językiem do ziemi – tylko weekend w wersji „slow”. Wyjazd dopiero po śniadaniu, bez spiny, a w planach: hotel, trochę chilloutu, może krótki spacer, kolacja, kino i inne takie takie.
I faktycznie, zgodnie z planem, późnym popołudniem wylądowaliśmy na ulicy Karkonoskiej w Karpaczu. Hotel, szybki meldunek, a potem spacerek pod kościół Wang (Matka powiedziała, że to „ikona regionu”, ale wyglądał trochę jak z klocków Lego). Potem pizza – taka, że prawie zapomniałem oddychać – i kino w wersji hotelowej. Rano tempo trochę wzrosło, bo Matka miała teorię, że „po ciemku w górach to słabo”, nawet jeśli każdy ma czołówkę (serio, po co je mamy?). Wyruszyliśmy więc prawie jak himalaiści – kalesony, bluzy, kurtki, czapki – a po dwóch kilometrach słońce grzało tak, że co chwilę robiliśmy przystanek na rozbieranie. Skończyło się na krótkim rękawku i opasce na głowie.
Wybraliśmy niebieski szlak – podobno „najbardziej widokowy”, tylko że widoków przez pierwszą godzinę było tyle, co kot napłakał. Dopiero przed Samotnią pojawiły się piękne skałki, na które od razu chcieliśmy się wspiąć. „Nie wolno, to park narodowy” – usłyszałem. Ale po negocjacjach (czytaj: marudzeniu) Stwórcy pozwolili na wspinanie się po kilku głazach przy szlaku. Moglibyśmy tam zostać do wieczora, ale nie – trzeba było iść dalej.
Przy Samotni przerwa na jedzenie, potem Strzecha Akademicka, a stamtąd dłuuuga, nudna „autostrada” do Domu Śląskiego. Dopiero jak zobaczyliśmy szczyt, złapałem drugi oddech. Ostatni odcinek – mógłmy być całkiem fajny, ale ludzi było jak w galerii przed świętami. Jednak widok od strony Czech był oszałamiający: morze chmur po horyzont. Na górze przywitał nas lodowaty wiatr, więc wciągnęliśmy z powrotem wszystko, co wcześniej zdjęliśmy. Pieczątka, kilka fotek i szybko odwrót w dół. Tuż pod szczytem, gdzie zdecydowanie mniej wiało, usiedliśmy jeszcze na łące i podziwialiśmy widoki, popijając ciepłą herbatę, a chwilę później byliśmy już przy Domu Śląskim. I tu zaczęła się drama. Chciałem wracać wyciągiem (plan od samego początku!), Bruno się bał, a Stwórcy chcieli iść pieszo. Przegłosowali mnie, więc marudziłem tak długo, aż Ojciec w końcu skapitulował. Bruno – dla mnie – przezwyciężył strach i zgodził się na zjazd. Potem był wykład o „wspólnym podejmowaniu decyzji” i o tym, że moje narzekanie „psuje przyjemność z wycieczki”. Miałem małego kaca moralnego, więc wszystkich przeprosiłem. Zjechaliśmy wyciągiem i spacerkiem wróciliśmy do hotelu. Wieczorem Matka poszła na drzemkę, Ojciec z Brunem poszli na kolejny spacer (serio, im się nigdy nie nudzi?), a ja zajmowałem się głównie przeszkadzaniem Matce w zaśnięciu.
W sobotę bez pośpiechu ruszyliśmy do Świniar. Pierogi od babci – poezja. Potem obowiązkowy spacer po lesie z Babcią i Kibicem (Fela też była – jej tempo to coś między żółwiem a kotem na drzemce). Wieczorem kino domowe, a Stwórcy przegadali pół nocy z dziadkami. Jak dla mnie – Święto Zmarłych w wersji luksusowej.
