22 views 5 mins 0 comments

WAKACJE NA MAZURACH 2024.

In 2024
15 sierpnia, 2024

Dwa tygodnie po zamknięciu drzwi mieszkania i przeżyciu niezapomnianych wakacji, znów wróciliśmy do naszych letnich przybytków. Ale było miło wrócić. bo organizatorzy „Lata w Mieście” w tym roku naprawdę się postarali. Odwiedziliśmy Senat, gdzie usłyszałem więcej ciekawostek niż na 90% lekcji historii. Muzea, w których kurz na eksponatach wydawał się bardziej autentyczniejszy niż niejedna replika. Kino, gdzie popcorn i napoje gazowane były oficjalnie dozwolone. Nawet na basenie, gdzie, ku mojemu zdziwieniu, chlapanie się w wodzie nie było przestępstwem, a ratownik nie patrzył na nas jak na wodnych terrorystów. Dwa tygodnie skończyły się jak paczka chipsów w towarzystwie — zanim się obejrzałem, był koniec. A potem przyszedł czas na Mazury. Cała kompania wujków i ciotek, no i przede wszystkim kuzyni, z którymi nie mogłem doczekać się spotkania. Wakacje w trybie „full wypas”.

A na Mazurach jak zwykle latem – jezioro, w którym można było utopić wszystkie troski i skakać z pomostu, pokazując grawitacji przez te kilka sekund, kto tu naprawdę rządzi. Piłka nożna, w której upór liczył się dużo bardziej niż technika. Rowery, które jechały, jakby miały własną wolę albo co najmniej akumulator. Hulajnogi, które nigdy nie były tak szybkie i pompowanie na Pump-Tracku. Do tego badminton, kajaki i cała masa zabawy. Bajki też były. Nawet najlepsze lato czasem potrzebuje przerwy od rzeczywistości. Jedzenie tak pyszne, że absurdalny mit „odpoczynek po obiedzie” przestał mieć sens. 

Oczywiście, nie obyło się bez strat. Utrata skóry na łokciach i kolanach jest w końcu niepisanym dowodem na to, że wakacje były udane. Inaczej mówiąc, lato bez obdrapań to jak lody bez czekolady – niby lody, ale fundamentalnie coś się nie zgadza. Michaś i Adaś, jak co roku, trzymali się razem z Brunem, tworząc mały, zgrany klub niepokornych dzieciaków. Ja spędzałem większość czasu z Dominikiem, prowadząc te same dyskusje, które prowadziliśmy rok wcześniej. Nasze rozmowy, to te, w których wreszcie dochodzisz do wniosku, że życie to trochę jak gra w monopol – wiesz, że przegrasz, ale i tak grasz, bo to jedyne, co masz. Wiktor natomiast wszedł w tę bolesną fazę przejściową, którą każdy z nas prędzej czy później będzie musiał przejść. Za stary na to, by z pełną pasją ganiać z kijem po podwórku, a jednocześnie za młody, by móc bez wyrzutów sumienia całkowicie zrezygnować z telefonu i nie czuć się przy tym jak zdrajca własnego pokolenia. Widziałem, jak grał w gry, rozmawiał z kolegami przez komunikatory, czasem machnął do nas ręką i nawet na chwilę dołączył do zabawy. Ale to już nie było to samo co kiedyś. Było to jak patrzenie na koniec pewnej epoki – zwiastun dorosłości, która zbliży się prędzej czy później do nas wszystkich, niezależnie od tego, czy byliśmy na nią gotowi, czy nie. I może właśnie w tym był sens tych wakacji – w obserwowaniu, jak wszyscy powoli się zmieniamy, jak każde lato jest trochę inne od poprzedniego, jak czas płynie niezauważalnie, aż nagle spostrzegasz, że coś się skończyło, zanim zdążyłeś się temu przyjrzeć porządnie.

Ale może to właśnie jest piękne w wakacjach – że zawsze wydają się za krótkie, zawsze chce się więcej, a gdy się kończą, zostaje ci tylko nadzieja na następne. I wspomnienia, oczywiście. Głównie te z obdrapanymi kolanami.

Visited 3 times, 1 visit(s) today