23 views 7 mins 0 comments

CZERWCÓWKA 2024.

In 2024
01 czerwca, 2024

Zaczęło się od tego, że w ten weekend Matka miała zajęcia na uczelni, więc tradycyjny wypad do Sopienia przesunął się do rubryki „kiedyś, zobaczymy”. Edukacja górą – wiadomo. Ale że weekend bez wyjazdu to trochę jak pizza bez sera, zebraliśmy manatki i ruszyliśmy na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Plan był prosty: jedziemy z rodziną F., wujek Dawid wszystko ogarnia, a my się tylko bawimy. I tutaj właśnie zaczyna się piękno bycia dorosłym z dziećmi – uczysz się, że plan to zaledwie sugestia. Leonard zaliczył gastronomiczną katastrofę i musiał zostać w domu z wujkiem Dawidem. Dawidem, który miał być naszym przewodnikiem po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, naszym sherpą, naszym Gandalfem. Zostaliśmy więc z noclegiem i kompletną pustką tam, gdzie powinien być plan. Ale czy nie tak właśnie powstają najlepsze historie?

Ruszyliśmy na Diabelskie Mosty i Bramę Twardowskiego. Nazwy tak mroczne, że mogłyby spokojnie wejść do katalogu Netfliksa obok „Stranger Things”. Lub też jak z najgorszego fantasy z lat 80, co kto woli. Ale miejsca absolutnie magiczne. Dzieci wspinały się jak małe Spider-Many, dorośli robili zdjęcia jak turyści z Japonii. Potem lody, bo zwiedzanie bez lodów jest jak „Indiana Jones” bez kapelusza. Następny punkt programu: Zamek w Bobolicach. Ale zanim tam dotarliśmy, na horyzoncie wyrósł inny – Zamek w Mirowie. No i jak tu przejść obojętnie? Zaparkowaliśmy, poszliśmy i nagle mieliśmy dwa zamki w cenie jednego. Między zamkami prowadzi ścieżka, która wygląda, jakby Gaudí i Tolkien usiedli razem do projektu: pagórki, lasy, polany i widoki tak malownicze, że chciało się zatrzymać i zrobić sto zdjęć, choć wiadomo, że i tak wszystkie wyjdą z palcem kogoś w kadrze. Sam Zamek Bobolice – perełka. Odbudowany z taką dbałością o takie szczegóły, że nawet toaleta w sali narad wydawała się częścią średniowiecznego klimatu. Przed zamkiem – skały, na które oczywiście musieliśmy się powspinać, a droga powrotna do samochodu to już festiwal wspinaczek i okrzyków do przerażonych Stwórców typu „Mamo, zobacz, jestem na samej górze!”. Nim dotarliśmy do auta, był jeszcze chill-out na polanie przy Zamku w Mirowie. Trwał godzinę, może dwie – czas przestał mieć znaczenie jak przy dobrym albumie Pink Floyd. Dorośli gadali, dzieci zdobywały wszystkie skały w okolicy. Po kilku godzinach nasz brzuch zagłosował głośniej niż serca i trafiliśmy do Trafo Base Camp. Raj dla wspinaczy i ludzi lubiących miejsca z klimatem. Ścianka wspinaczkowa, ogród, fajna atmosfera. Jedzenie? Doskonałe, choć zniknęło w tempie, które można porównać tylko do sceny, gdy Thanos pstryknął palcami i połowa wszechświata znikła. Do Agroturystyki AMiG dotarliśmy koło dwudziestej, zmęczeni jak zespół rockowy po trasie koncertowej.

Drugi dzień przywitał nas pogodą jak z reklamy piwa – słońce, błękitne niebo, idealne warunki do szaleństwa. Szachy, tenis, koszykówka, trampolina – wszystko na raz, jak muzyka z lat 90., kiedy gatunki się mieszały i nikt się tym nie przejmował. Nie chcieliśmy wyjeżdżać, ale koniec doby hotelowej to jak koniec koncertu – możesz krzyczeć “bis!” ile chcesz, ale w końcu światło i tak się zapala. Dalej: Dino. I to nie w sensie „park dinozaurów”, tylko market Dino. Zapasy na dwa tygodnie – bo nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdzie apokalipsa. A potem – Pustynia Błędowska. Brzmi egzotycznie, ale prawda jest taka, że to trochę jak nazywanie Wisły Amazonką – technicznie pustynia, praktycznie… cóż, trochę jak wielka piaskownica. Z punktu widokowego w Kluczach “podziwialiśmy” (cudzysłów celowy) naszą pustynię. Szału nie było, więc ruszyliśmy do Dąbrówki, gdzie w końcu mogliśmy po tym piasku pobiegać. Zrobiliśmy to z przyjemnością, choć szybko stwierdziliśmy, że piasek bez morza to jak Lennon bez McCartney’a – czegoś ewidentnie brakuje. Na szczęście Jura nie kończy się na piasku. Zamek Ogrodzieniec był oblężony jak sklepy w Black Friday, więc nasze wewnętrzne dżipiesy wymusiły natychmiastowy odwrót. Pojechaliśmy do grodu na Górze Birów, gdzie mogliśmy być najeźdźcami albo obrońcami – w zależności od nastroju. Po bitwach wspięliśmy się na Suchy Połeć, skąd mogliśmy podziwiać Ogrodzieniec z bezpiecznej odległości. Głód znów kazał nam działać, więc znaleźliśmy „Bistro u Dziewczyn”. I to był strzał w dziesiątkę. Nuggetsy z frytkami były tak dobre, że powinny mieć własną stronę na Wikipedii. 

Góra Zborów to podobno najlepsze miejsce do wspinaczki w Jurze. Po osobistej weryfikacji mogę powiedzieć: “podobno” można usunąć. Skały pięły się w górę jak ambicje studentów pierwszego roku, a my wspinaliśmy się na wszystkie, przy okazji testując wytrzymałość serca Stwórców. Zabawa była fantastyczna przez wielkie „F”. Miejsce, do którego musimy wrócić – choćby po to, żeby znów zobaczyć miny dorosłych, kiedy pakujemy się na kolejną skałę. Podsumowując, to był weekend jak dobra płyta – początkowo chaotyczny, ale w końcu wszystko się układa w całość, którą chce się powtarzać.

Visited 3 times, 1 visit(s) today