23 views 2 mins 0 comments

KORONA GÓR NR 21 – KŁODZKA GÓRA.

In 2024
05 maja, 2024

Nie lubię ostatnich dni wyjazdów. Nie lubię powrotów. Na wyjazdach jest zawsze tak fajnie, że powrót do domu staje się tak atrakcyjny, jak leczenie kanałowe. Jedyne, co mnie ratuje, to wizja spotkania z kolegami i kopania piłki. Czasami najprostsze rzeczy są jak antidotum na wszystko.

Niedziela powitała nas pięknym słońcem i ciepłem, jakby chciała powiedzieć: „No to co, jeszcze jeden dzień, zanim zatęsknicie za korkami w Warszawie?”. Stwórcy spakowali większość rzeczy wieczorem, działając z tą niemiecką precyzją, która budzi szacunek i lekką zazdrość. Rano zabraliśmy wszystkie tobołki (a było ich tyle, jakbyśmy przeprowadzali się na stałe) na raz – co samo w sobie było małym cudem logistyki. Plan dnia wyglądał prosto: najpierw Kłodzka Góra, potem Domasław (tam wysadzamy Ojca), a na końcu… smutna proza życia, czyli powrót do domu. 

Kłodzka Góra okazała się jak ta niepozorna dziewczyna ze szkoły, która na maturze okazuje się być geniuszem – niezbyt duża wysokość, ale z charakterem. Szlak z Przełęczy Kłodzkiej prowadził wąską ścieżką, raz w górę, raz w dół, jakby specjalnie chciał nas zgubić w zielonej plątaninie drzew. Po drodze zaliczyliśmy dwa mniejsze szczyty, a na końcu czekała na nas wieża widokowa i wiata – idealne miejsce na nasz tradycyjny rytuał: cola, soczek, słodkości, pieczątka i obowiązkowe zdjęcie. Po godzinie marszu mogliśmy z dumą powiedzieć: „Zdobyliśmy!”. Po raz kolejny przekonałem się, że w górach jak w związkach – nie chodzi o rozmiar, ale o to, ile emocji potrafią w tobie wzbudzić.

Po tej majówce na liście „do zdobycia” zostało nam już tylko siedem szczytów. Dorzućmy jeszcze Lubomir i Mogielicę, które musimy powtórzyć z książeczkami, i mamy razem dziewięć. Dziewięć gór dzieli nas od korony. A wtedy? Wtedy będziemy mogli mówić o sobie: „Królowie gór”. No dobra, może książęta… Ale i tak brzmi nieźle!

Visited 2 times, 1 visit(s) today