Hotel Panorama był naszym base campem. Co prawda bez sherpów i bez namiotów szturmowych, ale za to z balkonem, na którym kawa smakowała jak w schronisku na 4 tysiącach metrów. Prawie. Pierwszy dzień postanowiliśmy zacząć z przytupem – od Śnieżnika. Najwyższy jak dotąd szczyt w naszej karierze. Logika była prosta: na początku mamy jeszcze siłę i entuzjazm, więc pchamy się na najtrudniejszą trasę. A te krótsze i łatwiejsze zostawiamy na kolejne dni, kiedy w nogach będzie już tylko beton i ból.
Pakowanie plecaków to zawsze ta sama historia. Bierzesz to, co niezbędne, plus to, co “może się przydać”, plus to, co “przecież nie waży” i nagle dźwigasz na plecach pół sklepu turystycznego. Ruszyliśmy w kierunku Luxtorpedy – czyli wyciągu krzesełkowego na Czarną Górę. Postanowiliśmy z niego skorzystać, żeby od razu wbić się na czerwony szlak prowadzący do Schroniska pod Śnieżnikiem. Po drodze Bruno odkrył, że Sienna to mekka rowerowych wariatów: wypożyczalnie, bike parki, pump tracki… raj dla każdego, kto wolałby siedzieć na siodełku niż trudzić się własną parą nóg. I oczywiście zaraz chciał zamienić góry na rower. Obiecaliśmy mu, że jeszcze tu wrócimy, choć oczywiście nie sprecyzowaliśmy kiedy – klasyk rodzicielskiej dyplomacji.
Na górze czekała nas krótka przechadzka leśną dróżką do szlaku. “Krótka” i “przechadzka” to były słowa Stwórców. W rzeczywistości była to świetna stroma wspinaczka, która przypomniała mi najlepsze momenty z Waligóry i Lackowej. Na szczycie Czarnej Góry odbiliśmy w lewo i zaczęliśmy marsz w kierunku Śnieżnika. Wieża na jego szczycie była naszym drogowskazem. Problem w tym, że wyglądała, jakby stała w innej galaktyce. Ale szliśmy. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, co w praktyce oznaczało, że Stwórcy robili wszystko, żebyśmy (zwłaszcza Bruno) nie zaczęli marudzić. Technicznie szlak łatwy, widokowo piękny, ale… zero wspinania. A co to za góra, po której się nie człapie, nie sapie i nie wspina? No więc szliśmy. I szliśmy. I jeszcze trochę szliśmy. Stwórcy, jak zawsze, wyczuli nastroje i zaczęli strategię rozpraszania uwagi. Zagadywanie, żartowanie, opowiadanie historii – wszystko, żebyśmy nie zaczęli narzekać na nudę. To była niezła mieszanka tematów, (która zresztą wypełnia prawie każdą naszą górską wyprawę) – od stanu polskiej polityki aż do pytania, czy Kevin Costner to dobry aktor. W końcu dotarliśmy do skrzyżowania ze szlakiem żółtym, a stamtąd już tylko kilka minut do schroniska. Przerwa obowiązkowa: przekąski zwykłe, słodycze dopingujące i kontemplacja pejzażu. Po tej sielance przyszedł czas na prawdziwy atak szczytowy. Tu już było konkretnie – stromo, kręto, z widokami, które sprawiały, że zapominało się o zmęczeniu. Po kilkunastu minutach byliśmy na górze. I tu niespodzianka. Szczyt Śnieżnika okazał się płaski jak boisko na Orliku i wietrzny jak K2 zimą w czasie jet streamu. Schowaliśmy się w wieży, gdzie Bruno znowu stwierdził, że jednak nie wejdzie wyżej (lęk wysokości), więc poszliśmy z Ojcem sami. Widoki piękne, ale wiatr jeszcze piękniejszy, więc długo tam nie zabawiliśmy. Później tradycyjne zdjęcie przy tabliczce, tradycyjna pieczątka w schronisku, tradycyjna cola – wszystkie rytuały górskie zostały dopełnione. I wtedy rozpoczęła się prawdziwa próba charakteru: droga powrotna.
Droga z powrotem zawsze dłuży się niemiłosiernie. To matematyczna stała wszechświata. Powrót więc był koszmarnie długi. Tak długi, że zaczęliśmy podejrzewać, że ktoś w międzyczasie wydłużył szlak. A gdy okazało się, że nie zdążymy na ostatni zjazd krzesełkiem… Na szczęście Stwórcy mają talent do prowadzenia rozmów na trzy tysiące tematów jednocześnie, więc czas minął niepostrzeżenie. Na Żmijowej Polanie (brzmi jak miejsce, gdzie umierają bohaterowie westernów) Ojciec podjął decyzję strategiczną: zamiast wracać przez szczyt Czarnej Góry (czytaj: szlakiem), zeszliśmy nieoznaczoną trasą i po kilkunastu minutach byliśmy już w połowie drogi. Potem tylko zejście trasą narciarską – bolesne dla kolan, ale szybkie i skuteczne.
Na koniec – lokalne delikatesy. Zaopatrzyliśmy się w wieczorne przysmaki, które należały nam się jak order po bitwie. W nogach ponad dwadzieścia kilometrów, w głowie duma. Możemy z czystym sumieniem powiedzieć: Moc jest z nami!
