26 views 6 mins 0 comments

ZNOWU SZPITAL.

In 2017
26 listopada, 2017

Tym razem to nie ja! Po raz pierwszy w historii naszej rodzinnej sagi medycznej – która swoją zawiłością i długością mogłaby konkurować z „Modą na sukces” – mogę powiedzieć z czystym sumieniem i lekką nutą triumfu – tym razem przyszła kolej na Brata. Ja sobie grzecznie spałem, niewinny jak cherubinek na obrazach renesansowych mistrzów, kompletnie nieświadomy dramatu rozgrywającego się o trzeciej nad ranem. 

Zaczęło się niewinnie, jak większość katastrof: od przeziębienia. Tego współczesnego podatku od życia, który zbiera się z nas wszystkich. Mam ja, ma Brat i ma Ojciec. Przeziębienie jak to przeziębienie – nic spektakularnego, nic dramatycznego. Raz lepiej, raz gorzej, ciągle jest i skończyć się nie chce, jak serial, który powinien był zakończyć się po trzecim sezonie, ale jednak klepie się szósty, siódmy i ósmy, bo widownia niby jakaś tam jest. Ale zacznijmy od początku, czyli od czwartku rano, gdy wszystko jeszcze wyglądało stosunkowo normalnie.

W czwartek rano Ojciec wyjechał do Poznania na targi, zostawiając naszą małą domową epidemię pod czujnym okiem Matki — jedynej zdrowej, teoretycznie niezniszczalnej jednostki. Katar dokuczał nam już od tygodnia – jak ten uporczywy gość, który nie rozumie subtelnych sygnałów, że już dawno powinien był wyjść. Stan zakatarzenia utrzymywał się na wysokim, ale jednak stabilnym poziomie. Sytuacja pod kontrolą, wszystko w granicach normy, nic nie zapowiadało nadchodzącej burzy. Oczywiście do czasu, kiedy do akcji wkroczyła gorączka u Brata. Matka zaatakowała ją z furią prawdziwego generała napoleońskiego (takiego przed atakiem na Rosję): pięć mililitrów nurofenu trzy razy dziennie i chwilowo wszystko się uspokoiło. Znowu do czasu. Ten czas to okolice trzeciej nad ranem – godzina, kiedy nawet wampiry już śpią, kiedy świat jest zawieszony między nocą a dniem, kiedy każdy dźwięk brzmi głośniej niż powinien. Brat obudził się do karmienia, rozgrzany jak kaloryfer w środku zimy stulecia. Matka natychmiast sprawdziła temperaturę, licznik wskazywał ponad 38 stopni. Chwilę później było już ponad 39 i doszły dreszcze niczym drgawki. Po chwili zastanowienia Matka uznała, że już czas na konsultację z wyższą instancją, czyli pogotowiem. Zaproponowano jej podwózkę do szpitala, co brzmiało jednocześnie uspokajająco (pomogą!) i przerażająco (jest aż tak źle?!). Trzeba jechać. Karetka będzie za 10 minut. Miejsce oczywiście jest tylko dla chorego dziecka i Matki. To większe, mniej chore (czyli ja), miało zostać w domu. Teoretycznie logiczne. Praktycznie niemożliwe. W związku z tym, że nie wypadało zostawić trzylatka samego w domu, w środku nocy, bez ostrzeżenia, Matka wezwała posiłki. Obudziła ciocię Kasię (mamę mojego kolegi Maćka) i poprosiła, aby ze mną została. Na szczęście miała włączony telefon i po kilku minutach była już u nas, w piżamie, ale gotowa do akcji. Oczywiście jak tylko Matka pojechała, to się obudziłem. Zobaczyłem, że nie ma rodziców i spanikowałem. Klasyczna reakcja trzylatka: gdzie są ci, którzy powinni tu być? Ciocia spokojnie mi wytłumaczyła co tu robi, zrobiłem więc rundkę po mieszkaniu stwierdzając, że faktycznie nikogo nie ma, i jak gdyby nigdy nic, poszedłem z powrotem spać. W końcu ciocia Kasia to znana  mi osoba, mieszkanie jest bezpieczne, a sen o trzeciej nad ranem to priorytet wyższy niż nawet brak rodziców. W międzyczasie Matka obudziła jeszcze Ojca i poinformowała, że chyba będzie musiał wrócić, bo jak zostanie w szpitalu to ja zostanę jak Kevin, sam w domu. Ojciec sprawę przemyślał, wezwał do zaprzestania paniki i poczekania na decyzję lekarzy. “Jak trzeba będzie to przyjadę, oby nie” – taka była jego konkluzja. Mądrość Salomona o trzeciej nad ranem, po czym przewrócił się na drugi bok i zasnął. 

Na szczęście nie musiał. Matkę z Bratem po badaniach odesłali do domu, Ojciec przez przerwę we śnie zaspał na śniadanie, a ja obudziłem się jak nigdy nic, praktycznie nieświadomy, że cokolwiek się wydarzyło. I tak sobie chorujemy dalej, raz bardziej, raz mniej. Przeziębienie jak wierny pies – nie odchodzi, ale przynajmniej nie atakuje. Gorączka Brata pokonana, rodzina w komplecie, wszyscy żywi, nikt w szpitalu.

Visited 1 times, 1 visit(s) today